Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

Pochmurno
-4°C
Pochmurno

Bielany są niezwykle bliskie mojemu sercu

Z Szymonem Majewskim rozmawia Rafał Dajbor

W wielu wywiadach i rozmowach podkreśla Pan, że jest nie tylko warszawiakiem, ale właśnie bielanianinem. Czym jest dla Pana dzielnica Bielany? Tylko miejscem zamieszkania, czy także czymś więcej?

Bielany są niezwykle bliskie mojemu sercu, nie tylko dlatego, że mieszkam na Młocinach, które są częścią Bielan, ale także dlatego, że historia mojego związku z tą dzielnicą to jednocześnie moja historia miłosna, historia zakochania się w dziewczynie mieszkającej przy Klaudyny, która to dziewczyna po dziś dzień jest moją żoną. Sam jestem chłopakiem z Ochoty, bo choć moja rodzina pochodzi z sąsiadującego z Bielanami Żoliborza, to historia rzuciła nas na Ochotę. Jednak na Bielanach, przy ul. Marii Dąbrowskiej mieszkało i wciąż mieszka moje ukochane wujostwo. Tak więc z Bielanami łączą mnie pewne więzy rodzinne, zaś moje zakochanie się w Bielanach było naturalną konsekwencją zakochania się w jednej z mieszkanek dzielnicy.

Jadąc na spotkanie z panem jechałem ul. Podleśną i przypomniało mi się właśnie, jak we wrześniową noc 1988 r. szedłem tą ulicą z moim przyjacielem i że to właśnie w tę noc uświadomiłem sobie, że jestem zakochany w pięknej blond-bielaniance o niebieskich oczach i czułem się jakbym unosił się dwa metry nad Podleśną, a nie nią szedł. Gdy zaś wzięliśmy ślub zacząłem zgłębiać bielańskie zakątki. Przez krótki czas mieszkaliśmy z żoną na Ursynowie, ale gdy tylko pojawiła się możliwość powrotu na Bielany, natychmiast z niej skorzystaliśmy. Uwielbiam te małe sklepiki i klimat Bielan, zupełnie inny niż na przykład klimat sąsiedniego Żoliborza. Przy całej mojej sympatii dla Żoliborza, jest on taki trochę „ą-ę”, zaś Bielany są swojskie.

Wspomniał Pan wrzesień 1988. Rozmawiamy zaś we wrześniu 2018. Jak przez te 30 lat zmieniły się Bielany?

Tak jak i cała Warszawa – zmieniły się na plus. To, co sobie bardzo cenię na Bielanach to pojawienie się tu fajnych, małych knajpeczek, w których można porozmawiać. Ot, choćby na taką rozmowę jak nasza. Był taki czas, gdy umawiając się na jakiś wywiad wolałem spotkać się gdzieś w Śródmieściu, bo tutaj nie było gdzie usiąść na rozmowę. A teraz – proszę bardzo. Jest gdzie posiedzieć, pogadać, wypić kawę. Na Bielanach dzieją się bardzo dobre i fajne imprezy, jak choćby odbywająca się co dwa lata na terenie AWF „Onko-Olimpiada”, czyli zawody sportowe dla chorych na nowotwory dzieci, organizowane przez Fundację Spełnionych Marzeń, na które przyjeżdżają dzieciaki nie tylko z Polski, ale i np. z Ukrainy, Litwy czy Słowacji. Bardzo lubię tę akcję, chętnie się w nią angażuję i wręczam medale. W tym roku w organizacji Onko-Olimpiady bardzo pomogła pani Wiceburmistrz Magda Lerczak. Dla mnie nie ma piękniejszej imprezy.

A co czuł Pan podczas imprezy „Witaj Lato na Bielanach”, wchodząc na estradę i widząc przed sobą morze głów mieszkańców Bielan?

To było coś niesamowitego! Zwłaszcza, że na początku zaintonowałem „No to jadziem na Bielany, cała paka czeka dziś” mojego ulubionego Jaremy Stępowskiego i od razu było fajnie. Bardzo podobało mi się to, że choć była to plenerowa impreza popularna, taka piknikowa, to repertuar był ambitny, bo Kuba Badach czy Maciej Maleńczuk to naprawdę wysoka półka. Nie wiem ilu spośród widzów wiedziało, że i ja jestem z Bielan i mieszkam na Młocinach, ale czułem się traktowany przez publiczność jak swojak.

Czy pamięta Pan moment, w którym poczuł Pan, że wywoływanie uśmiechu to może być Pana sposób na życie, a rozśmieszanie to będzie Pana zawód?

Jak się nad tym zastanawiam to dochodzę do wniosku, że wywoływanie uśmiechu lub śmiechu zawsze było moim sposobem na ludzi. Na to, by ich sobie zjednać. Nie byłem w stanie zaimponować ani fizyczną sprawnością (choć teraz chodzę na zajęcia z boksu, też zresztą na Bielanach), ani jakąś przebojowością czy krzykliwością. Odkryłem więc, że tym sposobem może być śmiech. Miałem w szkole ksywę „Sroczka” i wszyscy wiedzieli, że „Sroczka” jest fajny, bo jest zabawny, choć nauczyciele nie zawsze to lubili, rzecz jasna. Uznałem, że skoro koledzy nie będą się mnie bać, to niech wiedzą, że zawsze mogą liczyć, że ich rozbawię. I to, jak się okazało, działało! I jakoś działa mi do dziś.

Dziś też mamy Internet, a w nim kanał YouTube. Pełno w nim różnych „rozśmieszaczy”. Jak Pan patrzy na te satyryczne próbki okiem zawodowca?

Nie do końca nazywam siebie „zawodowcem”, bo przecież nie mam skończonej żadnej szkoły aktorskiej, jestem tak na dobrą sprawę naturszczykiem, a poza tym widzę, że choć mam już 51 lat to i tak ciągle się czegoś nowego uczę i w czymś stawiam pierwsze kroki. Na przykład właśnie w Internecie. Mam swoje konta na różnych portalach społecznościowych, widać mnie też na YouTube, ale Internet już nigdy nie będzie tak do końca moim światem, bo to świat młodego pokolenia. Co nie znaczy, że mnie to wszystko nie ciekawi. W występowaniu na YouTube jest coś, co mi się szalenie podoba, a mianowicie fakt, że tam nie ma szefa. Nie muszę się z moim pomysłem przebijać przez jakiegoś redaktora, tylko robię, wrzucam i mam natychmiastowy odzew czy to jest fajne czy nie. Oczywiście, to ma też swoje wady – nikt tam nie hamuje się w negatywnym komentowaniu, przez co zaczął istnieć tzw. hejt. Poza tym brak „szefostwa” sprawia, że trafiają tam tak samo filmiki świetne, jak i zwykłe chamstwo krążące już wyłącznie wokół bluzgów i tematów rozporkowych. Żeby była pełna jasność – przekleństwo w kabarecie czy satyrze też ma swoje miejsce, a i tematyka rozporkowa bywa śmieszna. Tylko gdy żarty zaczynają krążyć już tylko wokół tego – przestaje być wesoło. Szczerze mówiąc – to ta nieporadność domorosłych kabareciarzy też bywa zabawna.

No i trudno sobie wyobrazić współczesny świat satyryczno-kabaretowy bez filmików w sieci…

Ja ten przełom w docieraniu do publiczności dzięki Internetowi porównuję, chociaż nie jest to może w stu procentach trafne porównanie, do przełomu w mediach w 1989 roku. Najpierw była tylko państwowa telewizja oficjalna, w której nie na wszystko można było sobie pozwolić, a potem nagle pojawiły się wolne media. Tak samo tutaj – nagle pojawiła się nowa przestrzeń, swobodna, nie nadzorowana. Jest sobie jakiś chłopaczek mieszkający gdzieś na przykład tu, w al. Zjednoczenia czy na Podczaszyńskiego. Wpada na pomysł, wydaje mu się fajny i już może się nim podzielić. Poza tym zawsze, gdy mam ochotę jakoś mocno skrytykować tych, którzy umieszczają filmiki w sieci, to sobie przypominam, jak ja zaczynałem i ile razy mnie wtedy krytykowano. Ta wolność, która panuje w Internecie może więc być kulą u nogi, a może też uskrzydlać.

Skoro więc wspomniał Pan o swoich początkach, to chciałbym spytać o „Wieczór z Alicją” i „Słów cięcie-gięcie”, pierwsze telewizyjne programy, w których Pan występował. Jak wspomina Pan tamte czasy?

To były czasy piękne i pionierskie! W „Wieczorze z Alicją” miałem tylko kilkuminutowe wejście, „Słów cięcie-gięcie” to już był mój autorski program, ale w obu nie było łatwo. W telewizji, z której niedawno zniknęła cenzura, wszystkie programy satyryczne kręciły się wokół tematów politycznych, społecznych, socjologicznych. A mnie to w ogóle nie interesowało. Mam abstrakcyjne poczucie humoru i bawiła mnie absurdalna zabawa z rekwizytem – jak w „Wieczorze z Alicją”, albo ze słowem – jak w „Słów cięciu-

-gięciu”. Myślę, że miałem dużo szczęścia, że mogłem to wszystko robić w czasie, gdy jeszcze nie o wszystkim decydowała oglądalność, słupki, wykresy, jakieś badania fokusowe, które teraz są normą. Redaktorzy wychodzili z założenia, że biorą odpowiedzialność za to, co robią. Ich to śmieszy, więc puszczają to na wizję i niech ludzie oceniają.

Dziś najpierw zbiera się opinie widzów, a dopiero potem do tego dopasowuje pomysły. Gdybym debiutował dzisiaj pewnie miałbym jeszcze trudniej, niż miałem, bo moje pomysły bywały mało zrozumiałe i do telewizji przychodziły listy, by zdjąć z wizji tego „pajaca”. Z „Wieczoru z Alicją” zniknąłem po dwóch latach, a „Słów cięcie-gięcie” kręciliśmy tylko rok. A dziś pewnie nawet nie miałbym szans zacząć. No chyba że właśnie na YouTube. „Wieczór z Alicją” miał ośmiomilionową oglądalność. Więcej niż skoki Małysza. Myślę, że dziś nikt nie wpuściłby na wizję tak popularnego programu jakiegoś dwudziestoparolatka z wariackimi pomysłami.

Miał Pan też okazję zagrać w jednym z niewielu powstałych już po 1989 r. filmów, które doczekały się statusu dzieła kultowego. Mam na myśli „Kilera” Juliusza Machulskiego…

To była niezła szkoła, którą dawali mi Jerzy Stuhr, Jan Englert i Janusz Rewiński, czyli zawodowcy przez wielkie „Z”. Nie czułem się aktorem, moją dziedziną jest freestyle, lubię mówić swoim tekstem. Tak jak i teraz – występuję w OCH-Teatrze u Krystyny Jandy, gdzie opowiadam historie małżeńskie w dużej mierze oparte na moich własnych przeżyciach. Nazywa się to „One mąż show”. Czasem  improwizuję, reaguję na publiczność, wymyślam na bieżąco. Na planie „Kilera” też proponowałem, że tu coś dodam, tu coś dopowiem, ale Juliusz Machulski nie chciał się na to godzić.

Gdy zaś powiedziałem, że moim marzeniem jest wystąpić z bronią w ręku, to Jerzy Stuhr z poważną miną powiedział mi, że na planie broń palną może wziąć do ręki tylko aktor zawodowy. Był to oczywiście żart, wkrętka. Dziś patrzę na „Kilera” z uśmiechem. Czasem ktoś mi mówi, że byłem tam fajny, ale tak osobiście to jestem zadowolony może ze dwóch swoich scen. Ale skoro wspominamy o „Kilerze”, to chcę powiedzieć, że ostatnio przekazałem swój egzemplarz scenariusza z moim podpisem i jakimiś tam moimi notatkami Jurkowi Owsiakowi na aukcję WOŚP. Poszedł za ponad dwadzieścia tysięcy. Coś niesamowitego!

Jerzy Stuhr wkręcił Pana, potem zaś Pan wkręcał inne gwiazdy polskiego show-biznesu w programie „Mamy Cię”.

A to muszę sprostować – ja nikogo nie wkręcałem i w ogóle gdy zaproponowano mi ten program, to z góry powiedziałem, że mogę go tylko prowadzić w studiu, rozmawiać i omawiać wymyślone gagi, ale nie ma mowy bym brał udział w scenkach polegających na wkręcaniu ludzi, bo mnie to zbyt stresuje. Nie chcę wiedzieć kogo wkręcają, jak wkręcają, mogę tylko poprowadzić program, widząc już gotowe materiały, ale nie będę uczestniczyć w tych scenkach, czego na początku ode mnie oczekiwano. Poza tym moją miłością było wtedy (i jest nadal) radio, zwłaszcza moje Radio Zet i nie chciałem się w to aż tak zaangażować, by być przy kręceniu scenek.

Nie da się ukryć, że Pana program „Szymon Majewski Show” sprawił, iż kilkoro aktorów, którzy nie cieszyli się przedtem większą popularnością, dzięki zagraniu w parodystycznych scenkach w Pana programie, mocno zaistniało, a ich kariery nabrały tempa. Czy oglądając ich teraz w teatrze lub na ekranie czuje się Pan „ojcem” ich sukcesu?

W pewnym stopniu tak. Dzięki „Szymon Majewski Show” mocno zaistniała na przykład Kasia Kwiatkowska, choć w jej przypadku jest nieco inaczej, ona po prostu wygrała casting, ale już przed „SMS” była aktorką znaną i rozpoznawalną. Najbardziej cieszy mnie, że na moim programie wypłynął mocno Michał Zieliński, dla którego specjalnie napisałem nawet monolog zatytułowany „Chamlet”. Michał już dużo wcześniej robił ze mną w Radiu Zet satyryczne kawałki w audycji „Studio Reklamy Spontanicznej Spon-Ton”. To było dziesięć lat przed „Szymon Majewski Show”, Michał był wtedy bardzo młody, a już wtedy widziałem, że to jest niesamowity zupełnie komediowy talent. Zaczął ze mną od parodii Leszka Millera. Był świetny! Doskonale „robił” Lecha Wałęsę, wg mnie co najmniej porównywalnie z tym, jak umie parodiować Wałęsę Jerzy Kryszak. Moim zdaniem Michał Zieliński powinien mieć „swoje” filmy, scenariusze pisane specjalnie pod niego, tak jak najwięksi komicy.

Polskie kino w ogóle jakoś nie umiało i nie umie wykorzystywać takich talentów. Takim aktorem był też przez lata Jan Kobuszewski, mój idol z lat dziecięcych, którego uwielbiałem, bo byłem tak jak on wysoki i chudy. Kobuszewski też mógł być aktorem, pod którego specjalnie pisałoby się scenariusze. Pamiętam, że gdy widziałem go jako dziecko na ekranie, to leżałem ze śmiechu. Ale nie wykorzystano go w ten sposób. I dla mnie Michał Zieliński jest właśnie takim talentem. Jestem przekonany, że gdyby przyszedł na świat w USA, byłby czołowym komikiem kina. Tylko, że u nas nie ma ludzi, którzy umieliby wziąć tak aktora pod swoje skrzydła i zacząć robić filmy pod tego aktora.

Zaczęliśmy naszą rozmowę od miłości – do Bielan i bielanianki – zakończmy więc także na miłości, bo tak nazywa Pan radio. Jest Pan satyrykiem, komikiem, występuje Pan na estradach i w telewizji, ale przecież oprócz tego wciąż jest Pan dziennikarzem radiowym i przeprowadza Pan wywiady. Czy któreś z nich szczególnie Pan zapamiętał?

Są rzeczywiście rozmówcy, z którymi rozmowy w Radiu Zet w programie „Warto rozbawiać” były dla mnie zaskoczeniem i którzy sprawiali, że czułem dla nich podziw. Wielkim przeżyciem był dla mnie wywiad z Justyną Kowalczyk, która powiedziała niezwykle ważne słowa wsparcia dla ludzi cierpiących na naszą chorobę cywilizacyjną, czyli depresję. Zaimponowała mi jej odwaga i choć nie lubię mówić o własnych reakcjach intymnych, to przyznam, że miałem łzy w oczach. Bardzo się cieszę, że miałem okazję robić wywiady z aktorami, których uważam za „Wielką Trójkę” współczesnego polskiego kina, czyli z Jakubem Gierszałem, Mateuszem Kościukiewiczem i Dawidem Ogrodnikiem, oraz ze wspaniałą, magnetyczną wręcz Joanną Kulig, rewelacyjną aktorką, której szczerze życzę Oscara i także świetnymi Katarzyną Warnke i Agatą Kuleszą.

Został mi w pamięci wywiad z niesamowitym człowiekiem, jakim jest Andrzej Seweryn. Ale każdy wywiad ma w sobie coś ciekawego. Pracując w radiu, robię coś zupełnie innego niż w „Szymon Majewski Show”. Tam wszystko nastawione było na zgrywę, na szaleństwo i tempo. Radio natomiast nauczyło mnie słuchania rozmówców. Wiem zresztą, że niektórzy obawiali się na początku przyjść do mnie na wywiad, bo myśleli, że jak ja robię rozmowę, to znów będą wygłupy. Oczywiście nie to, żebym miał coś przeciwko wygłupom, jednak radio daje mi możliwość pokazania się od nieco innej strony. I dlatego tak je kocham.

Dziękuję za rozmowę.

Czerwiec 2019
P W Ś C Pt S N
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany