Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

Pochmurno
-4°C
Pochmurno

Chłopak z Bielan

Z Andrzejem Halickim, posłem na Sejm RP rozmawia Stanisław Rafalski

Co Pana łączy z Bielanami?

Tutaj się wychowałem. A dokładnie na tzw. „jajku”, czyli na osiedlu Wrzeciono, zwanym też niekiedy „bielańskim Pekinem”. Mieszkałem przy ul. Szegedyńskiej.

Jak długo Pan tu mieszkał?

Aż do lat osiemdziesiątych, z tym, że byłem bielanianinem „w kratkę”, z przerwami spowodowanymi najróżniejszymi wyjazdami. Na początku lat siedemdziesiątych towarzyszyłem ojcu, który pracował na Bliskim Wschodzie, w Iraku. Potem znalazłem się na Śląsku. Zresztą w ogóle mieszkałem jak do tej pory w blisko trzydziestu miejscach, z czego kilkanaście z nich to były „miejscówki” warszawskie, także i bielańskie, bo przez jakiś czas mieszkałem na Chomiczówce.

A dziś wciąż czuje się Pan kimś „stąd”?

Oczywiście, jestem chłopakiem z Bielan. Nigdy nie zapomnę młodzieńczych gonitw po Lesie Bielańskim. I różnych, oględnie mówiąc, „sprawdzianów sportowych” (głównie w dziedzinie sportów walki) z chłopakami z Woli, którzy próbowali przejąć w naszej dzielnicy „rynek” waty cukrowej. Nam się to, rzecz jasna, bardzo nie podobało. I Las Bielański i to wszystko, co z nim związane jest dla mnie dziś tym, co wspominam najcieplej. Choć właściwie tak samo czule wspominam tzw. „dechy”, czyli potańcówki. Nazwa wzięła się stąd, że na dobrze uklepanej ziemi lub na piachu układane były deski, a na nich odbywały się tańce w rytm muzyki granej przez zespoły, na których brzmienie składał się głównie akordeon. Pamiętam też zjeżdżalnię, czyli słynnego bielańskiego słonia oraz żużel nad Wisłą w okolicach kościoła przy ul. Dewajtis i ryk motocyklowych silników, który nieraz przerywał modlitewną ciszę. Bielany były dzielnicą niezależną. Zapewniały specyficzny koloryt i atrakcje niedostępne w innych dzielnicach. Potem straciły tę odrębność. Dobrze, że dziś znów do tego wracamy.

A pamięta Pan słynny i utrwalony w kulturze „Statek do Młocin”?

Oczywiście, z tym że była to atrakcja dla warszawiaków z innych części miasta, którzy tym statkiem mogli na Bielany przypłynąć, na przykład na piknik.

Domyślam się, że także na Bielanach chodził Pan do szkoły?

Moja edukacja to temat – rzeka, przebiegała chwilami dość nietypowo. Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 263 na Bielanach przy ul. Szegedyńskiej, ale do liceum chodziłem już na Śląsku, gdzie trafiłem do klasy pierwszej w 1976 r. To były burzliwe czasy!

Słyszałem, że jest Pan kibicem Hutnika, czyli naszego klubu sportowego.

Zgadza się, od zawsze byłem fanem Hutnika – Dumy Bielan. Do tego kibicuję Legii Warszawa. A te dwa kluby – Hutnik i Legia – zawsze się wspierały. W moich czasach Hutnik miał oczywiście wspaniałą drużynę piłki nożnej, ale też odnosił sukcesy w innych dyscyplinach. Oficjalnie klub powstał w 1957 r. i od początku związany był z Hutą Warszawa.

Był Pan jedynie kibicem, czy także czynnym sportowcem?

Byłem osobą, która bardzo chętnie łapała świeże powietrze w okolicach siedziby Hutnika. Mówiąc wprost – było to najlepsze na całych Bielanach miejsce na wagary. Dziś nie tylko lubię oglądać, ale też grać w piłkę nożną, choć wiadomo, że nie zawodowo. Bardzo cieszy mnie fakt, że ogłoszony jest już przetarg na rewitalizację obiektów sportowych klubu i że są przyznane już na to środki.

Uważam, że w krajobrazie sportowym Warszawy brakuje potęgi małych klubów, które nazywam „dzielnicowymi”.

Kibicuję nie tylko Hutnikowi, ale całemu warszawskiemu sportowi, który wymaga pielęgnacji i odbudowania nie tylko obiektów. Także jego znaczenia w życiu miasta. Hutnik, Ursus, Delta Okęcie, Drukarz, Orzeł, Sarmata, Skra, Olimpia, Spójnia… Długo można by wymieniać nazwy niewielkich klubów sportowych, bez których warszawski sport byłby o wiele uboższy. Dość powiedzieć, że niekiedy w polskiej pierwszej lidze piłkarskiej rywalizowało ze sobą po kilka warszawskich klubów. W koszykówce mieliśmy „Czarodziejów z Bielan”, czyli AZS-AWF, „Czarne Koszule”, czyli Polonię i „Zielonych Kanonierów” – Legię Warszawa. Te dodatkowe przydomki też pokazują, jak bardzo kibice żyli życiem swoich drużyn.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tematów szkolnych, lecz już nie do przeszłości, ale do współczesności. Strajk w oświacie i tegoroczny wrzesień, w którym szkoły zetkną się ze skutkami reformy edukacji sprawiają, że w szkołach panuje niepokój…

To jest poważny problem, dlatego dziś tak aktywnie wspieram nauczycieli i warszawski samorząd. Widzę to jeszcze wyraźnej jako syn nauczycielki. Moja mama uczyła w bielańskim „Dewulocie” i pracowała tam także jako szkolny pedagog. Była to słynna szkoła, którą ukończyło także kilku polskich polityków. Fatalne jest to, że władza centralna właściwie w całości przesunęła problemy szkolnictwa na samorządy. Na szczęście zarówno władze Warszawy jak i poszczególnych dzielnic wypracowały znakomite sposoby komunikowania się ze szkołami. Od nauczycieli bardzo dużo zależy. Nie tylko od systemu oświaty, ale od samych jej pracowników. Sam pamiętam kilkoro swoich nauczycieli, którym bardzo wiele zawdzięczam.

Włączył się Pan w akcję „Adoptuj warszawiaka”. Z pozoru ta nazwa brzmi zabawnie, ale sprawa jest poważna, bo tu chodzi o dobro naszych „mniejszych braci”, czyli zwierząt.

Jest to akcja schroniska Na Paluchu. Od jakiegoś czasu wraz z moją rodziną wspieramy to schronisko. Rzeczywiście włączyliśmy się w akcję, która ma na celu, aby jak najwięcej bezdomnych zwierząt znalazło swój dom, ale nie tylko – polega ona bowiem również na opiece nad tymi podopiecznymi schroniska, którzy jeszcze nie znaleźli swoich domów. Na tym, by pójść z nimi na spacer, pobawić się z nimi, by poczuły dobroć człowieka zanim jeszcze znajdą swój dom. Ta akcja jest według mnie przykładem tego, jak powinno się opiekować bezdomnymi zwierzętami. Jak można i powinno się szukać im nowego domu, ale jednocześnie dawać im ciepło i radość zanim jeszcze znajdą swoje nowe miejsce.

Ostatnio podpisał Pan także pewien dokument…

Podpisałem deklarację „Vote for Animals”, która zakłada działanie dla dobrostanu zwierząt na różnych płaszczyznach. Zwierząt domowych, jak i tych gospodarskich, których hodowla często wciąż jeszcze polega na barbarzyńskim tuczeniu i faszerowaniu ich powodującą przyrost masy chemią, co zresztą potem jest także niebezpieczne dla zdrowia konsumentów. Na szczęście dziś częściej zwraca się na to wszystko uwagę. Edukacja postępuje i widać już jej efekty. Na przykład coraz więcej ludzi kupuje jaja z wolnego wybiegu od kur, które żyją normalnie, a nie ściśnięte w klatkach. Powstało nawet określenie „jaja od szczęśliwych kur”. Ale wciąż jest wiele do zrobienia, na przykład w dziedzinie okrutnego procederu hodowli zwierząt futerkowych, w którym Polska przoduje, bo kraje Europy Zachodniej zaprzestają już takich odrażających praktyk wobec zwierząt.

Czy można Pana spotkać na Bielanach?

Owszem, już w Wielką Sobotę, 20 kwietnia, zapraszam serdecznie na Wolumen! Przyjdę, aby spotkać się z mieszkańcami, porozmawiać, złożyć im osobiście wielkanocne życzenia. Ten bazar jest wyjątkowo mi bliski, bo przez całe lata biegałem tam, zwłaszcza właśnie przed świętami, by robić zakupy u właścicieli małych gospodarstw rolnych, którzy przywozili swoje towary spod Warszawy. Mało kto już dziś pamięta, że jeszcze niedawno na Wawrzyszewie krowa pasąca się pod blokiem nie była dla nikogo zaskoczeniem.

A zatem – do zobaczenia i Wesołych Świąt!

Dziękuję Panie Redaktorze. Wszystkim mieszkańcom, także tym, których nie będę miał okazji spotkać osobiście, składam najserdeczniejsze życzenia wielu potańcówek na „dechach”, uśmiechu i spokoju w nadchodzące Święta.

Dziękuję za rozmowę.

Maj 2019
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany