Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Pomysły rodzą się wprost z obserwacji i chęci zmiany

Rozmowa Sylwii Lacek, dzielnicowego koordynatora ds. budżetu partycypacyjnego z Anną Brzezińską-Czerską, autorką projektu „Muszla na placu zabaw – renowacja betonowej rzeźby z lat 50. i prezentacja historyczno-fotograficzna”.

Jak dowiedziała się Pani o budżecie partycypacyjnym?

Śledzę budżet od jego początków, ale podchodziłam do niego z dużą niepewnością. Przede wszystkim z obawy o skomplikowane i czasochłonne procedury oraz oddawanie realizacji swojego pomysłu w inne ręce. Mile się jednak zaskoczyłam. Ścieżka formalna okazała się do przejścia, wsparcie dzielnicy duże, a w samej realizacji mogłam w pełni uczestniczyć. Tylko z tą czasochłonnością się nie pomyliłam.

Skąd bierze Pani pomysły na projekty?

Działam na rzecz Warszawy od lat realizując różne projekty kulturalne – od kameralnych warsztatów dla dzieci po duże kampanie społeczne. Lokalnie, dzielnicowo jednak wyszłam z pomysłem po raz pierwszy. Interesują mnie przede wszystkim tematy związane z dziedzictwem plastycznym minionych dekad – od rzeźb, przez murale, po neony czy architekturę powojennych kin. A pomysły rodzą się chyba wprost z obserwacji i chęci zmiany. Ostatnio gdzieś usłyszałam, że generalnie pomysły dotyczące przestrzeni publicznej często wychodzą z łaknienia estetyki. A jako że jestem dzieckiem bielańskich blokowisk z lat 80., to w moim przypadku to by się nawet mogło zgadzać.

Czy trudno jest przekonać sąsiadów do głosowania?

Tak trudno jak odpowiedzieć na to pytanie. Muszla jest z jednej strony projektem, który ma wielu adresatów – od dzieci i ich rodziców, którzy chodzą na plac zabaw na którym stoi; przez seniorów, którzy odwołują się do sentymentu; po architektów czy artystów, którzy w muszli widzą po prostu sztukę. Z drugiej strony – ukryta w głębi osiedla, nieco zapomniana, ma bardzo lokalny charakter i wielu po prostu jej nie zna. Myślę więc, że gdyby nie wsparcie lokalnych aktywistów, którzy uwierzyli w ten projekt i jeszcze przed głosowaniem upowszechniali informację o nim, pisząc na jego temat i opowiadając sąsiadom, to umożliwiając mi realizację promocyjnych warsztatów dla dzieci, nie udałoby się pozyskać takiego poparcia mieszkańców.

Jak to się stało, że zainteresowała się Pani akurat Bielańską muszlą?

Moja córka chodziła do pobliskiego przedszkola. Ani dzieci, ani rodzice nie mówią tu po zajęciach: „chodźmy na plac zabaw”. Wszyscy chodzą „na muszlę”. I jak się okazało – tak jest od pokoleń w tej okolicy. Zaintrygowała mnie ta rzeźba, ale też zaniepokoiła. Jej stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Powód zgłoszenia projektu był więc czysto praktyczny – z jednej strony ograniczyć liczbę poobcieranych rąk i kolan dzieci bawiących się na placu, z drugiej – uratować lokalny „skarb”.

Proszę powiedzieć nam więcej o tej dawnej zabawce? Jakie informacje udało się zebrać podczas zgłaszania wniosku?

Przede wszystkim dość szybko udało się ustalić, że za tą nietypową, modernistyczną formą rzeźby stoją doskonali architekci i plastycy dawnej Warszawy. Jeszcze na etapie przygotowywania wniosku weszłam w zasoby Narodowego Archiwum Cyfrowego i jednej z amerykańskich bibliotek i zobaczyłam, że są tam fotografie muszli w otoczeniu najważniejszych polityków i dziennikarzy z lat. 50. Pytanie, skąd i po co na tak oddalonym od centrum osiedlu gościła taka ówczesna śmietanka, stało się motorem dalszych poszukiwań. Z pomocą przyszła pani Maria Piechotka i jej syn Michał. Pani Maria wraz z mężem Kazimierzem projektowali nie tylko muszlę, ale i pobliskie osiedla. Do współpracy przy placu zaproszono zarówno ich, jak i innych doskonałych artystów. Za projekt plastyczny samej muszli odpowiadali Hanna i Gabriel Rechowiczowie. To jedno z najbardziej zasłużonych małżeństw w świecie sztuki, znanych m.in. z dekoracji ściennych takich jak mozaiki z Domu Chłopa czy baru w dawnym Supersamie, właśnie tu, na Bielanach stawiało swoje pierwsze kroki.

Na uroczystości oficjalnego otwarcia projektu i prezentacji wystawy pojawiła się pani Maria Piechotka – bielańska matka Muszli. Jak podobała jej się nowa odsłona muszli?

Pani Maria wraz z synem od początku była zaangażowana w ten projekt. Trudno zresztą wyobrazić sobie, żeby było inaczej. Oboje czuwali nad nim zarówno dając wskazówki techniczne, udostępniając skrywane w szufladach dawne projekty czy rysunki osiedla. A wzruszenie i radość pani Marii na samym odsłonięciu rzeźby i otwarciu wystawy… tak, to było bezcenne.

Z jakimi opiniami spotkała się Pani po realizacji?

Wielu sąsiadów placu zabaw z pełną determinacją śledziło postępy prac przy muszli. To było ujmujące. O ile jednak wszyscy cieszyli się na myśl o samej renowacji i podziwiali pieczołowitość, z jaką została zrobiona, o tyle głosy w sprawie nowej kolorystyki rzeźby były i będą podzielone. Wielu tęskni za kolorową farbą na rzeźbie. Ciężko dokładnie określić jaką, bo przez 60 lat muszla była wielokrotnie przemalowywana. Uznaliśmy jednak w porozumieniu z artystkami, że najlepszym rozwiązaniem będzie odmalowanie muszli w stylistyce nawiązującej do tej oryginalnej. Zadbali o to artyści z Fundacji VlepVnet, którzy podobnie jak i architekci z Fundacji Skwer Sportów Miejskich, którzy w ramach współpracy z dzielnicą realizowali cały ten projekt oraz wystawę, od lat działają na rzecz poprawy jakości przestrzeni publicznych i upowszechniania w nich sztuki.

Nie da się ukryć, że dziś muszla – pomalowana w biało-czarne pasy, uwypuklające jej nietypową formę, w otoczeniu tych wielokolorowych współczesnych kolorowych huśtawek i drabinek wygląda trochę jak… kosmitka. Nie sposób przejść obok niej bez zauważenia. Mnie to cieszy, tym bardziej, że jakoś mam przekonanie, że niegdyś wyglądała podobnie, wprowadzając w surowe otoczenie rozbudowującej się mieszkaniowo powojennej Warszawy, element nieoczywistości.

Co może Pani doradzić mieszkańcom, którzy zastanawiają się czy warto złożyć projekt?

Że warto go złożyć. Budżet Partycypacyjny, polegający na głosowaniu mieszkańców, pozwala szybko zweryfikować czego chcą sami mieszkańcy, a czego nie. A więc – czy pomysł ma społecznie sens czy nie, a to najważniejsze we wszelkich działaniach lokalnych. Jeśli pomysł przejdzie przez fazę głosowania, tempo jednak nieco wygasa. Szykując projekt trzeba więc mieć świadomość, że na realizację trzeba będzie poczekać. W przypadku muszli od przygotowania do powstania minęły niemal dwa lata. I choć nieraz byłam już tym zmęczona, to z perspektywy czasu widzę, że warto uzbroić się w cierpliwość. Inaczej nie udałby się włączyć w to działanie naprawdę zaangażowanych osób. A to kluczowa sprawa.

Czy weźmie Pani udział w zbliżającej się kolejnej edycji budżetu partycypacyjnego? Czy na Bielanach zobaczymy wkrótce neon?

Nie, nie zobaczymy. Przynajmniej na razie. Złożyłam w edycji na 2019 r. projekt na stworzenie neonu ze słoniem i napisem „Dzień dobry na Bielanach”. Włożyłam w niego wiele pracy, a przede wszystkim – jako niepoprawna miłośniczka neonów – serca. Ale choć pozyskał dużo, bo ponad 1500 głosów mieszkańców, to nie wygrał. Przegoniły go inne dobre projekty, których budżety były niższe. Realizację więc na razie odkładam na drugi plan, ale w temacie neonów pozostaję, pracując dalej nad książką dla dzieci „Neonowe zoo”, w której znajdą się najpiękniejsze projekty dawnych neonów z motywami zwierząt. Kto wie, może wśród kotów, krów czy krokodyli, do których już dotarłam znajdzie się jeszcze jakieś bielańskie świecące zwierzę?

Dziękuję za rozmowę.