Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Mój prezent dla Bielańczyków

W listopadowym wydaniu „Naszych Bielan” zasugerowałem na prezent pod choinkę płytę zespołu The Beatles – „Abbey Road” i przedstawiłem genezę nagranych utworów. Dostałem liczne sygnały, bym dopisał uzupełniającą część drugą, co niniejszym czynię z wielką przyjemnością. Taki mój prywatny prezent dla Was, drodzy Czytelnicy.

Oto fakty, ciekawostki oraz inne muzyczne smakołyki. „Abbey Road” jest przedostatnią wydaną katalogową płytą długogrającą zespołu, ale ostatnią, jaką nagrali w swojej karierze.

Dlaczego? Nieszczęsny materiał muzyczny z długiej sesji „Get Back” wciąż czekał na dalszą obróbkę. W jej trakcie zarejestrowano pierwsze wersje piosenek, które weszły na album „Abbey Road”, m.in. She Came In Through The Bathroom Window (22 stycznia), a także Oh! Darling (27 stycznia 1969). Znaczną część utworów nagrano pomiędzy czerwcem a sierpniem 1969 roku. Głównym inspiratorem i „motorem napędowym” całego przedsięwzięcia był Paul McCartney.

Po niesnaskach i kłótniach podczas rejestracji muzyki (i filmu dokumentalnego) „Get Back” przemianowanego na „Let It Be”, producent George Martin postawił sprawę jasno: albo poprowadzi sesję nagraniową na swoich własnych warunkach, albo good bye. Beatlesi przystali na to, mając pełną świadomość, że nagrywają po raz ostatni płytę pod własnym szyldem.

Zarejestrowany materiał jakościowo dorównuje, a chwilami przewyższa kompozycje z płyt „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” oraz „Magical Mystery Tour”. Nie widać w zespole żadnego twórczego regresu, wręcz przeciwnie. Nawet sam Martin – zniechęcony wręcz zniesmaczony atmosferą panującą w grupie podczas rejestracji „White Album” oraz „Let It Be” – był zdumiony wspólną, twórczą „fazą” zespołu. Dzięki temu powstał niezwykle spójny, zaskakująco świeży, dojrzały longplay o znakomitym wprost brzmieniu, który przeszedł do klasyki rocka.

Nie bez znaczenia była technika nagraniowa w studio, umożliwiająca przetworzenie muzycznych pomysłów w konkret. „Abbey Road” jest jedyną dużą płytą grupy, zarejestrowaną w pełnym stereo na 8 ścieżkach oraz „przepuszczoną” przez tranzystorowy stół mikserski. Kosztowna nowość w tamtych czasach.

Do tego dochodziła znakomita ekipa realizatorska, ze świetnym „uchem” Alana Parsonsa, jako II inżyniera dźwięku, który wkrótce zasłynął z perfekcyjnej pracy nad albumami zespołu Pink Floyd: „Atom Heart Mother” czy „The Dark Side Of The Moon”, nagranymi także w Abbey Road Studios. Nie mówiąc już o późniejszych, płytach zespołu: „Alan Parsons Project”.

Bogactwo brzmienia zespołu The Beatles wsparto elektroniką, zwłaszcza syntezytorami Mooga, a ich zaprogramowaniem zajął się osobiście Mike Vickers, multiinstrumentalista grupy Manfred Mann. Główną ideą „Abbey Road” było maksymalne „zagęszczenie” brzmienia, nie tracąc przy tym nic z własnej, muzycznej tożsamości. Udało się.

Płytę wydano błyskawicznie, już trzy tygodnie po ukończeniu sesji nagraniowej. Fani zagłosowali portfelami, a krytyka obsypała album deszczem nagród i wyróżnień. „Abbey Road” okazał się najlepiej sprzedawanym na świecie krążkiem 1969 roku. Błyskawicznie zdobył szczyt list po obydwu stronach Atlantyku, pokrywając się 12-krotną „platyną”. W rankingach „Rolling Stone”, „Q Magazine” czy „The Quardian” ogłoszono ją płytą wszechczasów itd. W marcu 1970 r., album otrzymał nagrodę „Grammy” w kategorii: najlepsza realizacja dźwięku. Tym mocnym akcentem zespół zakończył swą muzyczną działalność.

* * *

Pierwotnie płyta miała nosić nazwę: „Everest”. Jednak nie odnosiła się ona wprost do himalajskiego szczytu, ale nazwy… papierosów, które palił realizator dźwięku Geoff Emerick. Drogą prostych skojarzeń padły pomysły Beatlesów, aby na okładce umieścić foto najwyższej góry świata. Ktoś przytomnie zauważył, że to za daleko na robienie zdjęć zespołu, więc co proponują w zamian? Czy mogą podróżować bliżej?

Od razu padła riposta: a, może zróbmy to tutaj, na ulicy? Pomysł „chwycił”, a Paul za ołówek, robiąc kilka szkiców przejścia dla pieszych tuż obok studia. Koncepcja była prosta: Beatlesi przejdą po pasach, i tyle.

Ustalono terminy oraz otrzymano zgodę, aby na kwadrans zablokować Abbey Road. John, „ściągnął” znajomego fotografika – Iain’a MacMillana. 8 sierpnia 1969 roku, parę minut przed wpół do dwunastej, cała czwórka wyszła ze studia, usiadła w cieniu na murku i czekała. O godz. 11.35 policja wstrzymała ruch. Iain wdrapał się na drabinkę, by mieć szerszy kadr ulicy i perspektywę z wysokości 3 metrów. Beatlesi wolnym krokiem wkroczyli na „zebrę”, maszerując na drugą stronę ulicy. Szli „gęsiego” w kolejności: pierwszy – John, za nim – Ringo, następnie – Paul i na końcu – George.

Pstryk. Pstryk. Pstryk. Tam, postali chwilę w rządku, jeden za drugim. John co chwila podciągał spodnie, Ringo rozmawiał z okoliczną mieszkanką, Paul strzepywał mu pyłki z marynarki, a George obgryzał paznokcie. Za chwilę wrócili z powrotem. Pstryk. Pstryk. Pstryk. 10 minut i gotowe. Wybrano najlepsze ujęcie. Iain MacMillan w tej minisesji fotograficznej użył aparatu „Hasselblad” z obiektywem 50 mm, przy przysłonie 22 oraz czasie naświetlania 1/500 sek.

Biały Volkswagen „Garbus” (beetle) zaparkowany na ulicy, okazał się własnością jednego z lokatorów pobliskiego budynku. Żółta tablica rejestracyjna „z ukrytą treścią”, wielokrotnie była kradziona na pamiątkę przez fanów. Ostatecznie, Volkswagen został sprzedany na aukcji w 1986 r. za 2530 £, wzbogacając muzealne zbiory Autostadt w Wolfsburgu.

Nic na zdjęciu nie było reżyserowane. Stojący przy policyjnej furgonetce mężczyzna to przypadkowy amerykański turysta, który akurat przypatrywał się całej sytuacji. Paul Cole, bo o nim mowa, po powrocie do USA, dowiedział się od przyjaciół, że jest bardzo sławny! Po czym pokazano mu okładkę płyty. Która też przeszła do historii, wielokrotnie parodiowana w innych projektach, np. przez Red Hot Chili Peppers, The Shadows, a także samego Paula McCartneya.

Tyle na dziś, życzę Wam wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia i grających prezentów, choćby takich jak tu opisany.

Leszek Rudnicki

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany