Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Krótki lot „Orła” z Bielan

Przy Hucie Warszawa przez kilka lat działało nowoczesne kino z bodaj największym ekranem w stolicy. W zamyśle twórców miało stanowić centrum kultury dla mieszkańców ówczesnej dzielnicy Żoliborz, jednak z prozaicznych przyczyn widownia „Orła” często świeciła pustkami.

Na okazałym, ceglanym budynku żarzył się czerwony neon, doskonale widoczny z daleka. Z plakatu, wiszącego w naściennej gablocie, zalotnie zerkała skąpo ubrana „Nieznośna dziewczyna”, piękna Brigitte Bardot. Mimo wieczorowej pory, rozrywkowego repertuaru i dość tanich biletów, przed przeszklonymi drzwiami nie ustawił się długi ogonek kinomanów, a poczekalnia i kasa wyglądały na zupełnie wymarłe – czyżby lokal dziś nieczynny? Takie właśnie były pierwsze wrażenia redaktora Wiesława Stradomskiego (czasopismo „Kinotechnik”) podczas wizyty w kinie „Orzeł” w grudniu 1959 r. Choć kierownik Sylwester Todorski i kinooperator Zbigniew Kułakowski robili, co mogli, by rozkręcić hutniczy przybytek X Muzy, ich starania na rzecz zwiększenia frekwencji utrudniał pewien zasadniczy szkopuł. „Orzeł” znajdował się w wyjątkowo niefortunnym miejscu, z dala od osiedli i tras miejskiej komunikacji.

Kinowa improwizacja

Budynek kina pierwotnie miał inne przeznaczenie. Wzniesiony około 1953 r. w północnej części terenu zakładu (nieopodal lasku Syberia, czyli Dębów Młocińskich), początkowo pełnił funkcję stołówki Przedsiębiorstwa Budowy Huty Warszawa, następnie został świetlicą hutniczego Domu Kultury. W obszernej sali odbywały się zebrania załogi oraz uroczystości, np. Dzień Hutnika. Wydaje się, że publiczne wydarzenia kulturalne organizowano tam raczej sporadycznie, ponieważ „Życie Warszawy” w kwietniu 1956 r. pisało z ubolewaniem, że świetlica huty, „samotna wysepka kulturalna”, jest wiecznie zamknięta.

Dyrekcja zakładu zastanawiała się, w jaki sposób lepiej wykorzystać tą leżącą odłogiem przestrzeń. Pod koniec lat 50. wespół z żoliborską Dzielnicową Radą Narodową zadecydowała o przebudowie świetlicy na salę kinową z prawdziwego zdarzenia, z panoramicznym ekranem i widownią na kilkaset miejsc. Wspomniany redaktor Stradomski zauważył z przymrużeniem oka, że dumna nazwa nowego kina wpisywała się w „ptasi” klucz – w Warszawie działały w tych czasach kina „Czajka”, „Albatros” i „Mewa”.

U schyłku czerwca 1959 r. „Express Wieczorny” informował o rozpoczęciu prac nad dostosowaniem świetlicy do nowej roli. Jeszcze przed przebudową sala Domu Kultury zdążyła posłużyć za prowizoryczne studio filmowe, w którym realizowano zdjęcia do „Zamachu” Jerzego Passendorfera i „Zezowatego szczęścia” Andrzeja Munka. Można powiedzieć, że ta okolica to takie nasze mikro-Hollywood – rok później na osiedlu domków jednorodzinnych przy ul. Encyklopedycznej kręcono uroczą komedię „Szczęściarz Antoni” w reżyserii Haliny Bielińskiej i Włodzimierza Haupego, z Czesławem Wołłejko w roli głównej.

Inauguracja hutniczego kina miała miejsce 19 września 1959 r. „Orzeł” należał do spółdzielni Kino-Serwis, zarządzającej wówczas jedenastoma kinami, był zaś siódmym z kolei kinem panoramicznym w stolicy. Widownia mogła pomieścić ponad 600 osób. Ekran o szerokości około 12 metrów uchodził za największy w mieście. Warszawska prasa doceniała estetyczny wystrój wnętrza oraz przestronną, pachnącą świeżością kabinę operatora. W hallu znajdowała się kasa, oddzielona szybą. Oczywiście ceny biletów były tu niższe, niż w innych kinach. W dużym pomieszczeniu obok poczekalni kierownik Todorski urządził kącik telewizyjny. „Radio z lufcikiem”, jak maszynę nazywali bohaterowie felietonów Wiecha, umilało czas oczekiwania, rodzice mogli też zostawić tam swe pociechy pod czujnym okiem obsługi i spokojnie delektować się magią wielkiego ekranu.

Kino oferowało dwa, niekiedy trzy seanse dziennie. Z reguły projekcje rozpoczynały się między 15.00 a 19.00, oprócz tego organizowano poranki filmowe dla dzieci z miejscowych szkół. Repertuar w zasadzie nie odbiegał od programu kin warszawskich, pod hutą grano produkcje polskie, radzieckie, czechosłowackie, jugosłowiańskie, a także zachodnie. Kinooperator Kułakowski narzekał na wadliwe projektory AP-5 krajowej konstrukcji, w których po kilkudziesięciu pokazach popękały lustra odbłyskowe. Potencjał ogromnego, panoramicznego ekranu nie mógł być w pełni spożytkowany, bo większość filmów nakręcono w tradycyjnej rozdzielczości.

Do budynku kina, wydzielonego z terenu huty, wiodła ogólnodostępna, ślepa uliczka o nawierzchni z trylinki, w 1960 r. nazwana – jak na ironię – ulicą Improwizacji. W założeniu „Orzeł” miał stać się kinem dzielnicowym i tym samym odciążyć przepełnione sale żoliborskiej „Tęczy”, jednak już na starcie nie mógł rozwinąć skrzydeł.

Jak dojadę do „Orła”?

Pomysły na skomunikowanie kina ze światem zewnętrznym pojawiły się latem 1959 r. Proponowano wtedy poprowadzenie linii 201-bis, ale rozmowy z Miejskim Przedsiębiorstwem Autobusowym zakończyły się fiaskiem. Dopiero w lutym 1960 r. MPA uruchomiło specjalną linię autobusową „M” z pl. Komuny Paryskiej, czyli dzisiejszego pl. Wilsona. „Emka” w niedziele i  święta zawoziła i odwoziła widzów, rozkład jazdy dostosowano do godzin seansów. Ostatni kurs powrotny odjeżdżał z pętli przy kinie o 21.10. Bilet na całą trasę (autobus zatrzymywał się na każdym przystanku) kosztował zrazu 2 zł, a w marcu obniżono cenę do 80 gr, co trochę zwiększyło liczbę pasażerów. Ta wyjątkowa w historii warszawskiej komunikacji linia autobusowa nie utrzymała się długo, nie widnieje już na planie Warszawy z 1962 r., być może okazała się nieopłacalna.

Kino bez dojazdu nie cieszyło się więc powszechnym zainteresowaniem. Na dodatek w lutym 1961 r. otwarto istniejącą do dziś „Wisłę”, która zagarnęła żoliborską publikę. „Expresiak” w październiku 1961 r. wymieniał kłopoty „Orła”: „skąd wziąć publiczność, jeżeli jest co najmniej kilometr od najbliższej komunikacji i tyleż od najbliższych siedzib ludzkich. […] na sali jest nieraz parę osób”. Hutnicy, co zrozumiałe, po ciężkiej pracy woleli raczej wracać do domu, kierując się przez główną bramę zakładu do węzła autobusowo-tramwajowego przy ul. Kasprowicza, niż drałować do kina na drugim końcu huty.

Siłą rzeczy podstawowym targetem stali się mieszkańcy Młocin. Moja mama wspomina, jak pewnej zimy cała nasza starszyzna rodzinna z ul. Pasterskiej wybrała się do „Orła” na „Krzyżaków”. Krewni przez wiele dni dyskutowali o zekranizowanych przygodach Zbyszka i Danusi. Wszak kiedyś wyprawa na film była niezwykle emocjonującym wydarzeniem!
 
Drzewka na dachu

Eksperyment z hutniczym kinem nie powiódł się. Zaobserwowałem, że „Orzeł” w listopadzie 1963 r. nagle znika z repertuarów drukowanych w prasie. Zapewne niedługo później zamknięto cały interes. W marcu 1967 r. „Express Wieczorny” wspominał już o „sali dawnego kina przy hucie”, w której, uwaga, przechowywano olbrzymie formy do odlewu elementów Pomnika Powstańców Śląskich dłuta Gustawa Zemły. W połowie lat 70. w zlikwidowanym kinie mieścił się... magazyn mebli. Padł nieśmiały pomysł przerobienia budynku na studio nagrań, lecz nic z tego nie wyszło. Z biegiem czasu niegdysiejszy „Orzeł” niszczał. Na dachu, gzymsach i w szczelinach między cegłami wyrastały drzewka. Dwie dekady temu przy ul. Improwizacji 16 działała firma papiernicza, która przeprowadziła niezbędne remonty, ale potem wyprowadziła się stamtąd. Około 2010 r. opuszczony budynek – podobnie jak spora część zabudowy huty – uległ rozbiórce. Po „Orle” nie pozostał nawet cień.

Mateusz Napieralski