Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Rozmyślania nad kasztanem

Bielańska jesień trwa w pełnej krasie. Październik sypnął kolorowym dywanem liści i spadających kasztanów. Nostalgia mnie naszła oraz myśli rozmaite. Zaczęło się tak...

Szedłem przez park, aż tu nagle: łups. Coś spadło. Aaa, kasztany! Hurra. Leżą tłumnie w trawie, błyszczące, dorodne, porannym chłodem owiane. Zwariowałem na ich widok. Podszedłem wołając: cześć chłopaki! Zachichotały w maleńkich podskokach. No dobra, chodźcie się ogrzać – i wyzbierałem je bardzo skrupulatnie i do kieszeni – myk. Są miłe w dotyku, zawierające jesienną tajemnicę. Uwielbiam ten stan.

Po powrocie do domu napisałem powyższy akapit. W małej przerwie na łyk kawy zerknąłem przez okno i... Jejku, jejku, jakie cudności! No proszę ja was, co za światło, co za koloryt. Nie ustając w zachwytach, błyskawicznie chwyciłem za aparat i utrwaliłem ten właśnie bielański widok > foto 1. Piękno jesieni w czystej postaci.

Nasze ulice i parki wyglądają niemniej czarownie. Malowane pełną paletą barw liści, których już... nie zbieram. Dlaczego? Bo mam ich tyle zasuszonych, że, ho! A nawet więcej. Sięgnąłem po mój intymny „zielnik”. Klon, grab, lipa, brzoza, buk, topola, dąb; trzymane w albumach światowego malarstwa. Wówczas kolega Rembrandt van Rijn się odezwał: u mnie też są. Otworzyłem na „Straży nocnej”. Faktycznie. Za chwilę Vermeer van Delft dorzucił: a ja? Patrzę, a „Kobieta z perłą” cała w suszonych jesiennościach. I jeszcze maestro Salvador Dali zgłosił uwagę, że na reprodukcji obrazu „Metamorfoza jesieni” śpi czterolistna koniczynka i to go absolutnie nie uwiera. Cuda niewidy.

Idąc do redakcji szuram intensywnie nogami po Alei Zjednoczenia, gdzie pojawił się liściasty dywan, że o nowych latarniach nie wspomnę. Wieczorem to dopiero będą widoki! Ucieszyłem się jak dziecko na taką okoliczność z obydwu powodów. Później, za czas jakiś, wracałem skrótami przez bielańskie podwórka, które mnie wręcz urzekły. Zaczarowały. Zresztą, zerknijcie sami > foto 2.

I wiecie co jeszcze zauważyłem? Że okoliczni gospodarze posesji przeprosili się z tradycyjnymi miotłami, porzucając te o plastikowych końcówkach. Mozolnie zamiatając liście, wydają jakże swojskie dla ucha dźwięki: szu – szu – szu. Tylko co poniektórzy z rozpędu chwytają za spalinowe dmuchawy, robiąc niepotrzebny hałas. Pawlak z filmu „Sami swoi” rzekłby: ot wymyślili te durackie maszyny, bo siły w rencach nie mieli. Hm. Prawda czasu, prawdą ekranu. I na odwrót.

Przy okazji sztachnąłem się wilgotnym powietrzem, stwierdzając, że mokre liście wydają zapach taki jakiś bardziej swojski, grzybowy, zresztą. Co napełniło mnie myślą ponurą, że to jednak koniec jesieni, że wkrótce grzyby zakończą się w lesie i na bazarach i w ogóle, i że zaraz zacznie się sezon na straszenie za pomocą dyni.

À propos pomarańczowej bani. Pisząc powyższe, słuchałem programu radiowego, gdzie dzwonili słuchacze, dzieląc się przepisami na przetwory z dyni. Normalna sprawa. Okazało się, że byłem w błędzie. Bo zadzwonił facet, podając „recepturę babci” na wino z dyni, a wtedy spłoszony dziennikarz próbował go zrzucić „z anteny”, lecz gość zdążył krzyknąć, że mówi prawdę absolutną, bo sprawdził to bynajmniej osobiście i że jesienne winko własnej roboty fajnie idzie „w dyńkę”. A potem poleciały reklamy: ble, ble, ble...

Wracając na chwilę do jesiennej dyni. Dzieci w bielańskich przedszkolach bardzo lubią się bawić i bać z tej okazji, w „strachy na lachy”, chodzić na wycieczki, obchodzić święto dyni, zbierać skarby jesieni: kasztany, liście, żołędzie, patyki itp. Co zauważyłem następnego dnia w pobliżu ulicy Przybyszewskiego, gdzie wędrował rozkrzyczany „wąż” przedszkolaków > foto 3. Przekrzykiwały się i przechwalały wzajemnie. Usłyszałem: „a ja mam telewizora smarta” i czyjaś odpowiedź z tłumu: „chyba smarka!”. Tego dorosły by nie wymyślił. Dorosły zajęty jest zarabianiem pieniędzy, spłacaniem kredytów, albo chorowaniem i bieganiem do okolicznych aptek, bo jesienna pora jednak grypowa jest. I nie ma – przebacz.

Co sam przerobiłem na sobie dość intensywnie, zresztą. Przy okazji, na potrzeby niniejszych rozmyślań, zrobiłem błyskawiczny przegląd potrzeb naszych mieszkańców. Aptek mam w pobliżu 8 (słownie: osiem), więc dane są miarodajne. Podczas rozmów z miłymi farmaceutkami, okazało się, że teraz najlepiej „schodzą”: witamina C, rutyna, syropy, pastylki do ssania na gardło, środki przeciwbólowo – gorączkowe: paracetamol, ibuprofen, zioła typu szałwia, rumianek, mięta, dzika róża itp.

Tak czy siak, najwyższy czas wyciągnąć z szafy ciepłą kurtkę, albo jeszcze lepiej jesionkę (jak sama nazwa wskazuje) adekwatną na tę porę roku.

Bo prawda jest taka, że możemy się powoli żegnać z gruntowymi pomidorami, ogórkami, śliwkami, grzybami etc. Addio pomidory – śpiewano w „Kabarecie Starszych Panów”. Czyli, złota polska jesień w odwrocie. Czas zwolnić i zapaść w sen zimowy.

Właśnie! Zmiana czasu z 28 na 29 października. Śpimy dłużej, czyli oddadzą nam tę godzinę, co ją zabrali wiosną i trzymali gdzieś tam, np. w worku. A poważniej: gdzie ona się podziewała przez ten czas? Tego nie wie nikt! Zegara biologicznego nie da się oszukać. Fakty są takie, że nocą, kilkadziesiąt milionów polskich obywateli wykonuje bezsensowną czynność, przesuwając zegary w tę lub tamtą. To dopiero strata energii! Bo każdy ma w domu zegarek ręczny, ścienny, budzik, w wieży rtv itd. Aha. I przemnóżcie to przez liczbę mieszkańców 70 krajów, którzy robią to samo. Na szczęście są plany, aby znieść ustawowo ten stuletni zwyczaj. Oby!

Kończąc dzisiejsze rozmyślania nad kasztanem, zdradzę miły i łatwy sposób jak przetrwać jesienną chandrę. 1. Pijemy imperatywną herbatkę z sokiem. 2. Podgryzamy słodkie co nieco. 3. Przytulamy do piersi żonę / męża / córkę / syna / psa / kota itd. 4. Czytamy ciekawą książkę. 5. Idziemy na spacer wzdychając tkliwie na widok kasztanów i liści. 6. Słuchamy kojącą duszę muzykę. Lub...

W przytulnym domowym zakątku, troskliwym ruchem ręki tworzymy martwą naturę z nastrojem. Co i mnie się zdarzyło za pomocą zabytkowej cukiernicy, kasztanów i rajskich jabłuszek > foto 4. Czyli, robimy sobie dobrze.

Czego Państwu (i sobie) życzę.

Leszek Rudnicki

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany