Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Płatnicza baj najt

Niezwykła ulica. Niepowtarzalna. Zaczarowana. Szczególnie nocą. Listopad, późna pora. Zdarzyło się tak...

Idę. Cisza. Tylko czasem spóźniona osoba mnie mija. Zastanawiam się na czym polega urok i klimat Płatniczej? Co go tworzy? Przedwojenne wille, latarnie gazowe czy ludzie? Może jedno i drugie?

Przyjemny zapach dymu się snuje: ktoś pali w kominku drewnem brzozowym. W ciemnościach pies zaszczekał, nocny kot zamiauczał, śpiąca wiewiórka do łóżka pędzi, jazz przez okno uleciał... Magia.

Płatnicza zaczyna się przy Szepietowskiej, kończy na Kasprowicza. Kilometr, nie więcej. Stoję w tym miejscu, rozglądam i nagle zdałem sobie sprawę, jak wielu bliższych oraz dalszych znajomych tu miałem. To jest trop. Klucz.

Właśnie tutaj, na jej początku mieszkał Andrzej, fajny kumpel z podstawówki. Przedziwne rzeczy wyrabialiśmy w latach 60. Na lekcjach religii w salce baraku z tyłu drewnianego kościółka im. św. Zygmunta siadaliśmy w ostatniej ławce. I robiliśmy dzikie wymiany, handelki. Na przykład: ja mu byle jaki enerdowski zegarek Ruhla, on mi za to srebrną, przedwojenną monetę z Piłsudskim. Ksiądz nas złapał na tym i uśmiał do łez. A za „Dziadka” pochwalił, że patriotyzm. Och, cuda wianki.

Naprzeciwko, dosłownie pół rzutu beretem, pomieszkiwał Bolek. Prezes Klubu Honorowych Dawców Krwi „Huty Warszawa” i szef rozgłośni zakładowej. Bywałem u niego często z zachodnimi płytami, które namiętnie przegrywał na potrzeby swoje i huty. Dziwna rzecz, której nigdy nie rozszyfrowałem. Zawsze gdy wpadałem, częstował mnie zupą pomidorową. Zawsze. Smaczna sytuacja.

Przecinam Żeromskiego, oglądam się za siebie: figura Jezusa podświetlona, jakby pilnował spokoju magicznej ulicy. Stanąłem przed domkiem, gdzie mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Kolejna ciekawa historia. Poznaliśmy się przypadkiem w latach 70. na jednej z pierwszych wystaw obrazów Zdzisława Beksińskiego w galerii „Interpress” na tyłach Teatru Wielkiego. Podeszła drobna, ruchliwa osóbka, spojrzała na moją licealną czerwoną tarczę z paletą i rzekła: o, kolega plastuś! Od słowa do słowa, okazało się, że również skończyła Liceum Plastyczne, a potem ASP. W późniejszych latach spotykałem ją wielokrotnie na Płatniczej zawsze według rytuału: dzień dobry pani Krystyno, a dzień dobry kolego plastusiu. Miłe wspomnienia.

Wędrówka trwa. Robię zdjęcia, przypominając sobie kolejnych znajomych. Kilka posesji dalej mieszkał mój imiennik – Leszek. Dom posiadał swojskie klimaty. Zapach drewna, kurzu, starych dziejów, skrzypiące schodki na piętro. Leszek był super fachurą od elektroniki. Nie raz, nie dwa naprawiał mi sprzęt rtv. Albo on wpadał do mnie lub ja do niego. Palił jak smok oraz kawą częstował tak mocną, że łyżka stawała w miejscu. Siekiera, jednym słowem.

Niemal naprzeciwko zamieszkała Kora. Spotkaliśmy się w połowie lat 90., gdy udzielałem się w „Radio Wa-Wa Classic Rock”. Przyszła na wywiad, a później spotkanie z fanami w „Salonie pod gitarą”. Słynna kanapa na piętrze, ona, dziennikarze oraz wylegujący się radiowy ulubieniec kot Hertz. Rozmawiamy o tym, o tamtym, o muzyce. Nagle spytałem czy nagrałaby płytę z coverami? Zdziwiona rzekła: co na przykład? Odpowiadam: choćby Pod papugami – Niemena. Dlaczego ten utwór? – ciągnęła wątek. Mówię: bo jest w klimatach Szału niebieskich ciał. Hm. Hm. No i tak to było. Minęło trochę lat, zapomniałem o tym, aż tu... Jest rok 2003, wchodzę do EMPiK-u i co widzę? Solowa płyta Kory: „Ola Ola!” z evergreenami, a na niej... Pod papugami. Sympatyczny przypadek.

Uszedłem kilkanaście metrów; kolejne znajome miejsce. Domek, gdzie mieszkał Zbyszek, kolega plastyk z licealnej ławy. Świetnie malował, lecz zajął się czymś nieco innym. Kupił piec do wypalania ceramiki i z tego żył. Ilekroć u niego bywałem, częstował mnie zimnym „szampanem” własnego patentu. Otóż, kupował wino marki „Wino”, czyli „Patykiem pisane” / „Jabol” / „Bełt” / „Siara” / „J-23” itd., wlewał do auto syfonu na wodę sodową i za pomocą bąbelków tworzył nową jakość. Artysta, no artysta.

Doszedłem do Placu Konfederacji. Café de la Poste pustawe, bo już późno, chyba zamykają. W ciemnościach ulicy ktoś przemyka, tylko stukot butów. Poza tym, cisza. Spojrzałem w drugą stronę nie wierząc własnym oczom. Zjawiskowy widok. Kościół św. Zygmunta pięknie oświetlony, a nad nim Księżyc w lisiej czapie. Chwyciłem za aparat. Mam cię!

W tym miejscu, na samym rogu mieszkał świetny kumpel z podstawówki, Jasio. Wesoły chłopak, w każdej chwili gotowy do żartów. Połowa lat 60., stoimy grupką na polu, gdzie dziś jest ratusz i „Radek”. Za plecami ulica Staffa i SP nr 209. Po drugiej stronie ulicy Żeromskiego XXII LO im. José Marti. To ważne. Zrobiliśmy konkurs, kto dalej rzuci winylowym singlem. Taka płyta leci niczym UFO z szybkością światła, albo i więcej. Dość słabo nam szło, przyszła kolej na Jasia. Bąknął: to się tak robi, lebiegi. I pyrgnął ją z całej siły. Płyta wiuuu, przeleciała nad Żeromskiego i... trach!, prosto w okno liceum. Hałas, jakby wypadły wszystkie szyby świata. To ja już pójdę – rzekł Jasio. I poszedł. PS. Nie próbujcie tego robić.

Co miejsce, to kolejna bielańska historia. Ulicy. Ludzi. Moja.

Płatnicza kończy swój bieg. Zatem koniec skojarzeń, wspomnień mimowolnych. Nocne metro. Stacja „Stare Bielany”. Ostatni podróżni wychodzący spod ziemi. Ludzie zjawy, rozmazane w kadrze życiorysu. Fotograficznym też.

Więc dzielę się z Wami niecodziennymi zdjęciami: prawdziwa Płatnicza baj najt. Z gazowymi latarniami, zakątkami, tajemniczymi cieniami. Pamiętacie ujęcia z filmów „E.T.” lub „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”? No właśnie.

Dotarłem do celu wędrówki. Furtka obrośnięta bluszczem. Dzwonek, którego nie widać. Przytulność światła kuchni. Stół do rozmów odwiecznych. Radio cicho grające w tle. I jeszcze Max, mały biały pies, jak śpiewał Bogusław Mec. Sępiący niemiłosiernie, ale z wielkim taktem.

Cześć Synu, cześć Tato. Witaj!

Leszek Rudnicki

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany