Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Marzenie o K2

Od kilku tygodni cała Polska sekunduje alpinistom, uczestniczącym w wyprawie na K2 – najwyższy szczyt w paśmie Karakorum. Zamierzenie toodważne i pionierskie. Nikt dotychczas zimą nie zdobył tej góry. Determinacja zespołu, by zdobyć szczyt jest niezwykła.

Czy chcą czy nie, idą z przytłaczającą świadomością, że nie udało im się uratować kolegi – Tomasza Mackiewicza. Bez względu na to, jak wytrawnymi są himalaistami, decyzja o zaprzestaniu akcji ratunkowej na Nanga Parbat i pozostawienie przyjaciela w lodach Himalajów będzie ogromnym obciążeniem psychicznym w dalszej drodze. Do tego wypadek dwóch kolegów, z których jeden, po poważnym urazie wrócił do Polski, zmusiły zespół do modyfikacji drogi ataku na szczyt, ale nie spowodowały zmiany planów. Słuchając raportów z wyprawy, u wielu osób podziw miesza się z powątpiewaniem w zasadność takiego wysiłku.

Pisząc te słowa, wracam pamięcią do własnych wspomnień ze wspinaczek w Tatrach, bo Alpy i Himalaje były tylko niedostępnym marzeniem. Pamiętam, jak któregoś dnia taternicy wracający z gór przynieśli wiadomość, że Mięguszowiecki Szczyt zabrał nam kolegę. Przyjęliśmy tę wiadomość, wydawałoby się, spokojnie. Myślami byliśmy jednak z nim i jego rodziną. Trudno było też uwolnić się od natręctw, że mógł to być każdy z nas. Po co więc to ryzyko?  Znajomymi pytali: po co leziesz w te góry, po co ryzykujesz, po co się narażasz? Odpowiadałam wtedy wzruszając ramionami: „bo są”. Uważałam, że nie ma sensu tłumaczyć komuś, kto nie rozumie tej oczywistej prawdy, bo jeśli nie rozumie, to po moich wyjaśnieniach też nie zrozumie. To była odpowiedź i myślenie dziewiętnastolatki. Wraz z upływem lat i różnorodnymi, także trudnymi doświadczeniami, zaczęłam postrzegać i pojmować nieco inaczej ten ekstremalnych sport i wartości jakie niesie ze sobą.

Od niedawna, a szczególnie ostatniej wyprawie na K2, himalaistom towarzyszą kamery i relacje telewizyjne. To nowość dla sportowców tej dyscypliny. Himalaiści, alpiniści, a nawet taternicy nie mają tak zwanego „parcia na szkło”, to znaczy nie są im potrzebne kamery telewizyjne i kibice, jak na meczu piłki nożnej. Oczywiście zainteresowanie mediów jest przydatne, bo przekłada się na sponsoring, a ten z kolei jest niezbędny, aby przygotować wyprawę. Istotą wspinaczki jest jednak samotna walka z górą i przeciwnościami, jakie piętrzy przed wspinaczem. W tych zmaganiach z naturą trzeba nieustannie pokonywać siebie: swój lęk, słabość fizyczną i psychiczną. Trzeba sprawdzić każdy uchwyt, wyważyć każdy krok, bo zła decyzja pociąga konsekwencje dla całego zespołu na linie. Ta skalna szkoła uczy podejmowania błyskawicznych, a jednocześnie rozważnych decyzji. Wielokrotnie dziękowałam losowi, że przeszłam ją w latach studenckich, bo przydała mi się na całe życie. Wspinaczka uczy też prawdziwej przyjaźni i odpowiedzialności za partnera na linie, tego „braterstwa w skale”. Tę zasadę lojalności wobec współtowarzysza wspinaczki, człowiek gór ma przenosić także na życie prywatne.  Najtrudniejsze jednak są lekcje niewygody, zimna i ćwiczenia się w długotrwałym znoszeniu trudności.

Lipiec w Tatrach bywa deszczowy i zimny, ale studenci zaraz po egzaminach wyjeżdżali w góry i wtedy najłatwiej było znaleźć partnera do wspinaczki. Bywały jednak lata, że o wspinaczce można było tylko pomarzyć w mokrym śpiworze, słuchając uderzeń wiatru w płótno ledwo trzymającego się namiotu. Po dwóch tygodniach takiej pogody nawet piwo w schronisku nie smakowało. Tęsknota za spotkaniem ze skałą bywała tak wielka, że parę promieni słońca uważaliśmy za dobrą pogodę, mimo słabych prognoz. Wychodziliśmy więc, zwykle jeszcze o zmroku, aby, gdy się rozwidni, być już pod zaplanowaną drogą. Mokra, śliska skała i ziąb dawały w kość. Zgrabiałe ręce odmawiały posłuszeństwa i na nic zdawały się próby ogrzania ich dymem z kolejnego papierosa. To nie były chwile euforii lecz próby. Przeklinało się wtedy wszystkich i wszystko, pogodę, kiepskie haki i własną głupotę. Ale gdy zaświeciło słońce lub choćby trochę przewiało chmury i na moment oczom pokazał się cel, wierzchołek, taki majestatyczny, taki piękny, to siły wracały, młotek nie był już taki ciężki, a i skała wydawała się mniej mokra. Wtedy „piątkowe” miejsca stawały się tylko wyzwaniem, nie przekleństwem.   

Zastanawiam się, dlaczego to piszę.  Może raporty z K2 uruchomiły wspomnienia sprzed lat. Wspomnienia tak silne, że każą towarzyszyć kolegom walczącym na K2 każdego dnia. A może dlatego, że chciałabym życzyć każdemu radości, jaką daje przezwyciężanie siebie w trudnych, niekoniecznie ekstremalnych sytuacjach. Zwycięstwo nad sobą rodzi odwagę, a ta z kolei pozwala podejmować decyzje, które umacniają poczucie własnej wartości i godności. Może wreszcie piszę tak naprawdę, by podziękować moim górom – Tatrom, które hartowały mnie jako kilkuletnią dziewczynkę podczas wędrówek z rodzicami, nastolatkę uczyły pokory wobec ich majestatu, a w życiu dorosłym były źródłem satysfakcji estetycznej i sportowej. Zawsze wracałam i wracam do nich, by wzmacniać jasność widzenia i ocenę rzeczywistości, zaburzoną miejskimi dysonansami. Rozumiem więc himalaistów uparcie podążających na K2 i towarzyszę ich wysiłkom z entuzjazmem i gorącą sympatią. 

Joanna Fabisiak

Poseł na Sejm RP

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany