Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Bielany wiosną malowane

Przyszła w lekkiej nieśmiałości; zielona, pachnąca, uśmiechnięta. Wiosna, ach to ty! Więc wyruszyłem na bielańskie ulice, parki i skwery, aby ją podziwiać. Dotknąć.

Pierwszego kwietnia, w święta wielkanocne (to nie prima aprilis!), nastąpił przełom. Jakby ktoś siekierą trzasnął. Zima poszła sobie precz. A kysz! W jej miejsce – hyc, wiosenka wskoczyła. Nie zmarnowałem tej okazji. Wsiadłem na mój zabytkowy rower, dokonując inspekcji dzielnicowej, przyrodniczo-terenowej.

Zacznę od razu w sensacyjnym tonie, gdyż zobaczyłem coś niezwykłego. Na rogu ulic Reymonta i Wólczyńskiej pobiły się dwa wróble! Poszło o kawałek drożdżówki na chodniku. Walka była krótka, zacięta, zakończona remisem. Korzystając z zamieszania, przyleciała sprytna kawka, capnęła dziobem przysmak, po czym dała chodu, a raczej w skrzydła. Fruuu. I odleciała. Wróble stały ogłupiałe, to patrząc wzajemnie na siebie, to na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą leżała przekąska. A tu nie ma nic. O co chodzi? Co się stało? Reasumując. Sprawdziło się stare polskie przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Świadkami ptasiej bójki byli też pasażerowie czekający na przystanku autobusu linii 112. A, że się spóźniał, rozgorzała cudowna, wręcz absurdalna dyskusja: który ptaszek miał rację? Słuchałem w zdumieniu wielkim. Po czym...

Nacisnąłem pedały i jechałem dalej. Czujnym skosem przemierzałem podwórka na tyłach ulic Reymonta, Skalbmierskiej itd. Wokoło ptasie radośnie kwiliły z powodu wściekłych pąków, które wyrzynały się jak szalone na drzewach, krzewach oraz innych roślinkach.

Nagle zza śmietnika wybiegł ujadający pies i do mnie! Za nim kroczyła persona płci żeńskiej w wieku balzakowskim wyraźnie nie w humorze. Stanąłem i mówię: proszę pani, pies powinien być na smyczy oraz w kagańcu. Kobieta, zamiast przeprosić, od razu wrzasnęła: to mój pies, zrobię co mi się spodoba. Weź i gadaj z taką. Nie da rady. Znacie podobne sytuacje? Znacie, znacie. Awantura wisiała w powietrzu. Wtedy odwołałem się do środka ostatecznego, co musiało (z boku) wyglądać nieco zabawnie. Leniwym ruchem ręki sięgnąłem pod siodełko, mówiąc najspokojniej jak mogłem: pani zabierze pieska, bo go zaraz pompką pogłaszczę. Tutaj nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Poskutkowało. Wyjęła z kieszeni kurtki smycz, zaczepiła zwierzaka, po czym odeszła jeszcze bardziej ubzdryczona na cały świat. Hm. Bywa.

Jak spod ziemi zjawił się gospodarz: co, znowu ta obca cuduje? Ona nie tutejsza, z sąsiednich podwórek przyłazi, inaczej bym wiedział gdzie mieszka. Odpowiedziałem: sam pan widział. On na to: panie, ile ja tu miałem awantur, normalnie głowa mała. Oparł się dostojnie na grabiach, poprawił czapkę, zaćmił papierosa, zamyślił, po czym zagadał z całkiem innej beczki: krokusy pan widział?, są tam, zaraz za blokiem na Żeromskiego. Podziękowałem mu za cenną informację i śmignąłem we wskazanym kierunku.

Faktycznie. Wzdłuż ulicy, na trawniku rosły prześliczne krokusy: fioletowe, żółte i białe. Posadzono je od ul. Kleczewskiej do Daniłowskiego. Spodobał mi się taki pomysł. Od razu poczułem się prawie jak w Tatrach. Tylko świstaka, kozicy i bacy mi brakowało w tle. Ale, cóż. Nie można mieć wszystkiego naraz jak by się chciało. W tych wiosennych okolicznościach przyrody, nie pozostało mi nic innego jak zrobić zdjęcie. Na bielańską, wieczną rzeczy pamiątkę, ma się rozumieć.

Będąc w pobliżu, zajrzałem do sklepu fundacji „Sue Ryder”, o którym pisałem w lutym 2014 r. na tutejszych stronach. Znajome panie powitały mnie okrzykiem: „och, jak dawno pana nie było!” Cóż miałem powiedzieć? Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy: tak jakoś wyszło. Po czym przejrzałem książki oraz filmy dvd na regale. W tym czasie dwie klientki intensywnie przebierały w gatunkowych ubraniach z pytaniem do personelu: szukamy akuratnej garsonki na wiosnę, w którym miejscu można ją znaleźć?

Ruszyłem dalej na obserwacje, co ciekawego dzieje się tej wiosny na Bielanach. Dotarłem do skrzyżowania ulicy Żeromskiego z Perzyńskiego i oniemiałem. W miejscu gdzie dawniej były budynki spółdzielni pracy: „Żoliborzanka”, „Elektromoc”, a także poczty Warszawa 82 (+ zakład fotograficzny + sklep), stał płot. Za nim ujrzałem wielką dziurę w ziemi pod nowo wznoszony obiekt. Retrospekcja mnie naszła. Przypomniałem sobie to miejsce ze schodkami, na których siadało się czekając na ukochaną dziewczynę lub autobus, bo przystanek – tuż, tuż Tak czy siak, zostałem zaskoczony.

Naszły mnie ambiwalentne uczucia i myśli rozmaite. Z jednej strony powinniśmy się cieszyć, że Bielany rosną wzdłuż i wszerz. Taka jest naturalna kolej rzeczy w mieście.

Z drugiej, współczuję mieszkańcom bloku z końca lat 50. bo nowy obiekt zabierze im światło (okna wychodzą na wschód). Pozostając w zadziwieniu, pojechałem dalej.

Odbiłem w lewo na ścieżkę rowerową wzdłuż ul. Podczaszyńskiego i popędziłem w dół ul. Podleśną. Jazda na maksa „z górki na pazurki”. Pisałem o tym wrażeniu na łamach „NB” w październiku 2016 r. Wracając do rzeczy.

Powiem, że trochę za wcześnie się pojawiłem w Lasku Bielańskim. Nie ta pora, bo drzewa zaczynały dopiero wypuszczać liście. Jest taki okres przejściowy w przyrodzie, na który mówią – wczesna wiosna. Jakaś nostalgia, oczekiwanie się rozpościerało. Nie umiem znaleźć właściwego słowa.

O! Wiem. Jeśli pamiętacie klimaty z filmu „Brzezina” Andrzeja Wajdy to właśnie tak wyglądało, tak się właśnie poczułem. Chwila gdy wiosna jeszcze nie wybuchła z całą intensywnością szaleństwa kolorów, kształtów, zapachów rozmaitych. To czas, gdy ptaki przyleciały z cieplejszych, południowych krajów, nawołując samiczki, łącząc się w pary i zaczynając budować swoje „mieszkania” na drzewach.

Wracając z wiosennej obserwacji dzielnicy, zauważyłem kolejną symptomatyczną rzecz. Wśród dzieci znów wróciła moda na hulajnogi, którymi zasuwają w chichotach do szkoły, że o podwórkach nie wspomnę. Młodzież i dorośli wskoczyli na rowery, co jest zdrowe i godne pochwały. Tym bardziej, że ścieżek ci u nas dostatek. Natomiast seniorzy z pasją stukają kijkami o chodnik, wędrując przed siebie w stylu nordic walking. I raz i dwa, i raz i dwa. Tak trzymać bielańczycy. Tak trzymać!

Na koniec – deser, czyli co by było, gdyby koty umiały pisać. Szczególnie wiosną. Niemożliwe? A jednak. Zdarzyło się. Oto cały tekst.

Szanowny Panie Redaktorze Naczelny.

Nazywam się Lumpek Rudnicki i piszę ten list jak kot pazurem. Okazją jest wiosna, która natchnęła mnie pomysłem, żeby napisać do redakcji celem publikacji tutaj.

Uprzejmie informuję, że w chwili obecnej mam mnóstwo kocich spraw na głowie do załatwienia. Podam kilka przykładów, dobrze?

Oto moja lista najbliższych planów. 1. Powyglądać przez okno, co ciekawego dzieje się na Bielanach, bo widok mam daleki, gdyż mieszkam na wysokim piętrze. 2. Podrzemać na szafce w kuchni pod sufitem, ponieważ tam jest ciepło jak na piecu, i z góry mam oko na wszystko. 3. Pobiegać po mieszkaniu za kuleczką papieru w ramach zabawy oraz dbałości o bieżącą kondycję. 4. Schować się za zasłonką w dużym pokoju i udawać, że mnie nie ma, a potem wyskoczyć znienacka. Bardzo lubię ten numer z mojej strony. 5. Posępić o dodatkową karmę, ale domownicy się nie nabierają, mówią, że tylko micha mi w głowie, co kończy się na moich honorowych jękach, wtedy odchodzę z godnością osobistą i podniesionym ogonem też. 6. Pobawić się zielonym ołóweczkiem z gumką, popodgryzać, popodrzucać, powąchać i w ogóle. 7. Próbować dostać się do szafy z ubraniami, co czasami mi się udaje, bo tam jest fajowa kryjówka do spania. 8. Wyjść na zamykany korytarz z szybą przez którą wyglądam, przechadzam się wąchając zapachy smażonego mięsa czy ryb, bo „wali na całego” aż miło i obserwuję sąsiadów, gdy wychodzą z windy, wyprowadzają psa lub inne atrakcje, jak to na klatce. 9. Podbiegać do okna i się wkurzać, bo gołębie gruchają na balkonie u sąsiadów na górze, a jeszcze inne jakieś fruwają, jednym słowem mam co robić. 10. Zwędzić ze stołu kawałek wędliny, bo jestem szybki jak cię mogę na pstryknięcie palców, a raczej łapek, robię cichcem myk i chodu, normalnie heca na cztery fajerki.

Na koniec dodam, że jest ciepło, dlatego leżę na stole i wygrzewam się w promykach wiosennego słońca.

Czy Panu też tak się zdarza?

Serdeczności i zdjęcia odpowiednie przesyłam.

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany