Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Czas na sezon ogórkowy

Panie i Panowie, sezon ogórkowy uważam za otwarty! Dlaczego? Już mówię.

Przywitaliśmy na Bielanach pierwszy dzień lata, młodzież rozpoczęła wakacje, a dorośli szykują sakwojaże do wyjazdu. Z szefami plan urlopów uzgodniony, grafik zajęć dostosowany i takie tam. Za chwilę nasza dzielnica opustoszeje i będzie pięknie, będzie cudnie. Luźniejsze ulice, leniwość parkowych ławeczek, słoneczny żar, jednym słowem – czas relaksu.

Tymczasem bazary zapełniły się smacznymi nowalijkami, które radośnie wyrosły na naszych polach. Truskawki, rzodkiewki, ziemniaki, pomidory oraz ogórki.

A propos. Z ogórków można zrobić prawie wszystko: pyszną mizerię w śmietanie, zakisić, ugotować zupę, stworzyć z plasterków maseczkę na twarz, że o zastosowaniu w kosmetykach nie wspomnę. Możliwości jego wykorzystania jest naprawdę wiele.

Ale jest też innego rodzaju „sezon ogórkowy”. Rzecz dotyczy wakacyjnej posuchy w tematach prasy, radia i telewizji, więc wymyślają cuda niewidy. I piszą, zamieszczają zdjęcia, relacje świadków etc.

Żelaznym punktem atrakcji jest bezapelacyjnie słynny „potwór” z Loch Ness, który co jakiś czas wyłania się częściowo z wody, niczym łódź podwodna. Naukowcy i tzw. znawcy tematu od wielu lat toczą spór: co to może być? Hipotez jest sporo. Przodek pływającego dinozaura? Wąż morski? Nieznany gatunek super jaszczura? Można tak ciągnąć w nieskończoność...

Kolejnym pewniakiem „sezonu ogórkowego” jest UFO. I nie chodzi tu o słynny brytyjski zespół rockowy znany choćby z przeboju Shoot Shoot. Dylemat jest grubszego kalibru, a dotyczy latających obiektów przylatujących do nas z kosmosu. Podobno jest okrągły, płaski niczym talerz, fruwa bezszelestnie poziomo, pionowo, po skosie i jeszcze światełkami mruga! Czy pamiętacie sensacyjne doniesienia sprzed lat jak przyleciało i chłopa nam z pola porwało? Krzywdy mu nie zrobili, tylko badania jakieś, a potem go odstawili na miejsce w stanie nieuszkodzonym. Taka to była historia nie z tej ziemi.

Kolejny przykład pochodzi z naszego, bielańskiego podwórka. A co! W końcu nie jesteśmy gorsi od innych. Jakiś czas temu, wakacyjną prasę obiegła sensacyjna wieść: w Puszczy Kampinoskiej widziano... królisa (??!). Relacje okolicznych mieszkańców były rozbieżne co do wielkości, ale zgodne z wyglądem. Jak sama nazwa wskazuje, objawił się nowy, hybrydowy gatunek: skrzyżowanie królika z lisem! Podobno był szaro-rudy, uszy miał jakby z zająca oraz długi ogon, kitę. Niektórzy twierdzili, że on nie biegał, ale kicał. Jak to sprawdzić? Tego nie wie nikt.

Czas na innego sezonowego „ogórka”, czyli autobus „Jelcz”, którym można się przejechać podczas „Nocy muzeów”. Dla młodych oraz sentymentalistów minionej epoki to nie lada atrakcja. Dla mnie, nie. Jeździłem nim jako pasażer MZK przez wiele lat, w tłoku, duchocie i przepychankach. Żadna przyjemność. Opisałem to bardzo dokładnie na tutejszych łamach: „Ogórkiem jazda do miasta” (NB II 2011) i „Ogórkiem jazda z miasta” (NB IX 2011). Żeby nie było zbyt smętnie, dorzucam ówczesny wiersz na temat. „Ogórek jest świeży i całkiem jary, czasem jeździło się nim na wagary, kierowca siedział za wielką fajerą, wywijał po rondach piekielne bolero!”.

W tym miejscu przypomniałem sobie podwórkową przezywankę, gdy ganialiśmy kolegę w wakacyjnym sezonie ogórkowym. „Jurek ogórek, kiełbasa i sznurek, kiełbasa uciekła, a Jurek do piekła!”. Fajne / głupie. Odpowiednie skreślić. Przy okazji dorzucam kilka zdjęć na temat, w tym okładkę CD: „Cucumber” słynnego jazzmana Boba Jamesa, który nagrywał z największymi nazwiskami branży.

Na koniec coś ekstra, premierowy materiał. Bo skoro „sezon ogórkowy” tuż tuż, to są też wyjazdy. Więc udostępniam fragment mojej najnowszej książki, gdzie wcielam się w postać Józefa Korniszona z Bielan. Wszystkie opisane fakty zdarzyły się naprawdę.

Rozdział VI

– Wczasowe życie

Po dłuższych staraniach z podaniem i opinią pozytywną, dostałem wreszcie na zakładzie skierowanie wczasowe do uzdrowiska w Świeradowie Zdroju. Ucieszyłem się całkowicie, bo słyszałem, że tam jest ślicznie i powietrze bardzo zdrowe też. Zakupiłem przezornie z wyprzedzeniem w „Orbisie” bilet na pociąg II klasy bez miejscówek, ale dobre i to.

Wyznaczonego dnia spakowałem walizkę, przewiązałem dla pewności paskiem, żeby zamki nie puściły, zamknąłem okna, wodę, gaz, drzwi i wyszedłem. Dojazd miałem pasujący absolutnie. Najpierw autobus marki „Chausson” linii 110, potem na dzielnicy przesiadka w 103 na Pragę, następnie tramwajem nr 6 na Dworzec Wschodni, gdzie z toru pierwszego przy peronie drugim odchodził pociąg osobowy do Wrocławia.

Jak nadjechał, zaczął się szturm, wiadomo, że było więcej chętnych jak biletów. Drzwiami nie szło wejść bo tabun napierał, ale wyczaiłem otwarte okno, więc wlazłem okrakiem, ktoś mnie pchnął i walizką poprawił po plecach, dla równowagi złapałem metalowy drążek z beżowo-brązową zasłonką z napisem PKP, co skończyło się jego urwaniem i dostałem w łeb, ale byłem w przedziale, który od razu wypełnił się.

Fajne towarzystwo mi się trafiło, bo jakżeśmy ruszyli, to migiem poszły w ruch kanapki: a to jaja na twardo, a to pomidory, a to kaszanka, a obywatel jeden w delegacji zresztą, wziął i wyjął serdecznie „szkło” z okrzykiem: obyśmy szczęśliwie dojechali! Wesoło było, nie powiem.

Takżeśmy, proszę ja was dojechali do Wrocławia, gdzie odbyłem przesiadkę na połączenie lokalne do Jeleniej Góry, a pociąg był przedwojenny, z białymi drążkami, podestami, drzwiami na dwie strony wagonu oraz parowozem, co sapał pod górkę. Po zajechaniu wsiadłem w PKS do miejsca celu wypoczynku. W sumie jechałem 12 godzin, nie więcej. Dobry wynik, co nie?

Przybyłem trochę przed czasem do domu wczasowego FWP „Szarotka”, gdzie pozwolono mi nawet na wybór pokoju, co też uczyniłem. Otrzymałem piękne lokum na parterze z werandą i widokiem na pobliski potok, łąkę oraz Góry Izerskie. Stanąłem w oknie, zapatrzyłem się i wzruszyłem bardzo z powodu zastanej przyrody.

Gdy wszyscy wczasowicze się zjechali, wspólnie spożyliśmy na stołówce śniadanie składające się z zupy mlecznej, kakao, świeżych bułek, porcji masła na talerzyku, sera żółtego i dżemu i przyglądaliśmy się sobie ciekawie przy stolikach. Za pięć godzin był obiad, bo kelnerki wnosiły wazy z zupą pomidorową, na drugie podały kotlet mielony, ziemniaczki, buraczki, do tego kompot porzeczkowy! Normalnie, żyć, nie umierać.

Na koniec posiłku wszedł wysportowany facet, ubrany w golf biały, takie spodnie i bujną fryzurę z grzywką a la Elvis. Przedstawił się jako Zenon, kierownik kulturalno-oświatowy i wita nas bynajmniej bardzo serdecznie w tych jakże miłych okolicznościach i zapewnia, że nie pozostawi nas samopas, dlatego już teraz zaprasza wszystkich po kolacji na godzinę 20, celem odbycia wieczorku zapoznawczego w świetlicy z obecnością obowiązkową, zresztą.

Ucieszyłem się bardzo, gdyż pokładałem cichą nadzieję, że przy okazji zapoznam kogoś wartościowego płci przeciwnej z zamiarem ułożenia sobie życia definitywnie. Gdy przyszedłem o czasie, panowała tam pełna kultura, był kącik biblioteczny, radiola typu Preludium, a nawet szafa grająca z połyskującym jakby neonem i przebojami dajmy na to Only You zespołu murzyńskiego typu The Platters.

Od razu ją zobaczyłem jak stała skromnie podpierając ścianę, więc podszedłem niby przypadkiem: pani pozwoli, że się przedstawię, Korniszon Józef ze stolicy – i buch ją w mankiet, wtedy podniosła rozmarzony wzrok i szepnęła: Dzidka Nowak z Białowieży, bardzo mnie przyjemnie – i już, już mieliśmy zadzierzgnąć pierwsze węzły znajomości, gdy kilka razy zamrygały żarówki, za oknem zerwał się wiatr i przyszła burza i grzmoty i błyskawice, zaraz piorun walnął gdzieś blisko, światło zgasło na dobre, wtedy kaowiec zarządził odwrót do pokojów za pomocą świeczek i latarek, które przezornie miał pod ręką, widocznie tutaj to częste, więc nici wyszły z poznania, co zniechęciło mnie całkiem.

W każdym razie turnus minął jak batem strzelił i wysłałem pocztówkę do kolegi z adnotacją pisaną maczkiem, że w domu zdrojowym stoją wielkie palmy i leci darmowa mineralna z kraników i wczasowiczki z dzbanuszkami łażą, strzelając na lewo i prawo oczami w celach matrymonialnych, co nie interesuje mnie zupełnie, ale mu wspominam, bo jest pies na baby i że już kupiłem mu ciupagę marki Janosik wysadzaną muszelkami, o którą prosił i że może kiedyś znów tu przyjadę, to się odkuję w temacie osobistym.

Póki co, wracam na moje Bielany kochane. I to by było na tyle.

Leszek Rudnicki

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany