Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

40 lat minęło... list o zimie stulecia

Szanowny Panie Redaktorze Naczelny w miejscu. Piszę ja do Pana w konwencji, ponieważ sztuka epistolografii zanika w narodzie, co mnie uwiera niemożebnie.

Zanim przejdę do zasadniczej sprawy w temacie, chciałbym zauważyć, że obecne zimy jakieś niedorobione są.

Znawcy od pogody zwalają to na smog, na efekt cieplarniany, na freony i inne plagi egipskie. A pamięta Pan dawniejsze zimy? Śniegu od groma było, do tego mróz, co dawało pole do popisu. Można było ulepić, dajmy na to porządnego bałwana. Dla tych co nie wiedzą jak się go robi, chętnie podaję.

Instrukcja obsługi budowy bałwana. Utoczyć trzy kule śnieżne: wielką, mniejszą i małą, po czym ustawić w tej kolejności do góry. Mała kula to głowa, średnia to klata, a duża to brzucho. Głowa obowiązkowo musi posiadać oczy z kamyków lub węgielków oraz nos z marchewki. Dodatkowo można ją ozdobić czapką w postaci starego beretu po wuju albo kapeluszem. Klata musi mieć guziki również z kamyków lub maleńkich kulek dolepionych. No i oczywiście z boku koniecznie miotła brzozowa. Bez niej bałwan się nie liczy. Natomiast brzucho przyozdobić według własnego uznania i fantazji osobistej.

Z innych atrakcji podwórkowych do fajowej zabawy można robić fortecę i rzucać zza niej śnieżkami, a nawet zbudować igloo. Ono może być kwadratowe albo koliste. W tym miejscu zauważę, że to nie jest takie hop siup jak się komuś wydaje. My tu na podwórku mieliśmy kolegę, którego tata zresztą był inżynierem budowlanym z tytułem magistra i nam pomagał konstrukcyjnie, żeby się nie rozleciało w drabiazgi.

Oczywista także się jeździło na łyżwach lub zjeżdżało z górki na sankach albo i na tyłku, jak komu pasowało. A śmiechu było przy tym co niemiara. Pamięta Pan te czasy?

Aczkolwiek, będąc u Pana ostatnio w redakcji, przyniosłem kilka płatków śniegu w kieszeni, ale się niestety wzięły i rozpuściły, wiec nici wyszły z podarunku, no trudno. Może innym razem, dobrze?

Przechodząc w temat przewodni. Równo 40 lat temu, przyszła do nas tak zwana zima stulecia, ale to się dopiero później okazało. W każdym razie zdarzyło się tak...

Pamiętam jak dzisiej, to był koniec grudnia 1978 r., już po świętach Bożego Narodzenia, a tuż przed Sylwestrem. Za chwilę cały kraj, no i Bielany będące wówczas Żoliborzem, miały przeżyć biały, jak to mówią: Armagedon, prawda.

I jeszcze przyjaciel mnie powiedział, że ponoć śnieżyce straszliwe idą, a ja mu na to: no proszę ja ciebie, nie nawijaj mi makaronu na uszy. Jak się okazało, rację miał.

Najpierw zaczął padać deszcz, ale skubaniutki, z przyczajki zmieniał się stopniowo w śnieg. Ja ci patrzę na termometr za oknem w kuchni, a ten niebieski słupek spada w dół z szybkością dźwięku. Autentiko!

– 5, – 10, – 15, – 20°C i tak dalej. Co się dzieje? Panie Redaktorze Szanowny, jak sypnęło, formalnie przyrodnicza zadyma na całego. No czegoś takiego ja jeszcze w życiu nie widziałem. Stałem w oknie z rozdziawioną gębą, a tu tylko białość, widzę białość!

Zaraz potem nastąpił słynny Sylwester z 1978 na 1979. Przedzierałem się wtedy z ul. Żeromskiego na ul. Kasprowicza przez zaspy, co zajęło mi circa 20 minut. Pan sobie wyobraża?

Ale nic to w porównaniu wobec moich znajomych, którzy jakimś cudem dojechali „Maluchem” do przyjaciół na Sylwestra w dzielnicy Ochota. Tany, tany, nóżka fika, a za oknem zima dzika. 1 stycznia się okazało, że nie mają jak powrócić do domu. Autka swego pod zwałami śniegu nie znaleźli, ulice zasypane na 2 metry, komunikacja miejska nie jeździła, normalnie formalnie szok.

A propos MZK (Miejskie Zakłady Komunikacyjne). Parę dni później, gdy z grubsza udrożniono główne ulice, udało mi się dojechać autobusem z ul. Żeromskiego do Huty „Warszawa” w czasie 45 minut. Żółw ze ślimakiem by nas wyprzedził. Autobus Berliet co chwila gasł, ześlizgiwał na pobocze i wpadał w zaspę, wtedy my – tabun obywatelski, dzielnie wysiadaliśmy i rencami go wyciągaliśmy, a następnie pchaliśmy do przodu, żeby odpalił, co udawało się na szczęście.

Po drodze podziwialiśmy widoczki jak kilka samochodów leżało sobie na boku w Potoku Bielańskim przy Lasku Lindego, bo się nie wyrobiły w ślizgawicy na zakręcie. Tak było.

W świetle powyższych problemów komunikacji miejskiej, tramwaje dosłownie utknęły w śniegu, przymarzły do szyn, no i szlus. Dodatkowo przez mróz rura z wodą pękła przy rogu Elbląskiej i Broniewskiego i popłynęła z górki, a wagony stały już po horyzont. Pługi nie dawały rady, z odsieczą przybyło LWP (Ludowe Wojsko Polskie) ze sprzętem typu: kilofy czy miotacze ognia. Łatwo nie było.

W zaistniałej sytuacji na bielańsko-żoliborskie ulice wyszło pospolite ruszenie sił pracowniczych z okolicznych zakładów jak: Huta „Warszawa”, KBM (Kombinat Budownictwa Miejskiego) „Północ”, „ZREMB”, Spółdzielnia Pracy „Żoliborzanka” itd. Wspólnymi działaniami daliśmy odpór tej zimie.

Co do kwestii mieszkańca, to z klatek schodowych bloków nie dało się wyjść, i się kopało tunele do ulicy, no wie Pan, takie labirynty z przeciskaniem boczkiem brzuch w brzuch z miłą sąsiadką: o pardon, ja panią bynajmniej bardzo przepraszam, ach nic nie szkodzi, natura to natura... I takie tam pogawędki w śnieżnym tunelu.

Na skrajach dachów wisiały olbrzymie sople długości na metr i dwa, co mam na zdjęciach. Strażacy z ulicy Marymonckiej przyjeżdżali i dzielne chłopaki je bosakami rozwalali, żeby komuś na głowę nie spadło.

Ponadto w radio i tv ogłoszono 20 stopień zasilania, co oznaczało przerwy w dopływie prądu, a grzejniki w mieszkaniu ledwo letnie, albo wcale. Co kto miał to kombinował jak mógł. To gazem z piekarnika dogrzewał mieszkanie, to „Farelkę” załączał, to w ubraniu spał i tak dalej.

Jeśli chodzi o problematykę bieżącego zaopatrzenia Panie Redaktorze, to wielkie ciężarówy przywoziły do sklepów towar jak chleb, konserwy czy mleko. Z tym ostatnim były „jaja jak berety”, bo ktoś w centrali nie pomyślał, że szkło pęknie na takim mrozie. Wyglądało to tak, że rano na dworze stały druciane pojemniki, wyjmowało się mleko w kształcie butelki i lizało jak lody! Fizyka się kłania, te sprawy.

Co tu dużo gadać: cały kraj został sparaliżowany. Odcięte od świata miasteczka i wsie, pozrywane przewody energetyczne i telefoniczne, pociągi stojące w szczerym polu bo zaspy sięgały wysokości wagonów, nawet słynne ciężkie pługi wirnikowe były bezsilne wobec sił natury. Taka to była zima, Proszę Pana.

Kończąc dodam tylko, że kilka fotek wtedy pstryknąłem za pomocą wschodniego aparatu marki Zenit, narażając go na głębokie uszkodzenie albo nawet kaput. Wie Pan, rolka sztywnieje na mrozie, a wtedy przesuw filmu zrywa perforację, migawka zamarza itp. No ale się udało, więc je załączam jako żywy dowód przyrodniczy. Absolutnie.

I jak się wtedy mówiło z nadzieją tudzież utęsknieniem: oby do wiosny!

Serdeczności zasyłam.

Czujny obserwator

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany