Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Rowerem przez Bielany

Dawno, dawno temu, byłem małym bielańskim ludzikiem. Karakan po prostu, co tu dużo gadać. Teraz, swoje lata mam, mniejsza z tym. Resztę dygresji sobie odpuszczę, bo nie na temat wyjdzie.

W każdym bądź razie, proszę ja Was, wyobraźcie sobie czasy głęboko minione, i ja powiem, że towarzysza Wiesława pamiętam jeszcze całkiem dokładnie.

Tu zaczyna się moja bielańska historia z rowerami w tle. Mieszkałem wtedy przy ulicy Fontany 12, to blok obok „Radka”. Którejś wiosny na początku lat 60-tych dostałem pierwszy rower, on nazywał się „Żabka”. Był cały zielony z dokręcanymi kółeczkami na pałąkach, bym pion utrzymał. Szybko się nauczyłem co i jak, więc do roboty poszedł kij wtykany za siodełko trzymany przez wujka, który biegał za mną, żebym się nie wywalił.

Póki co, jeździłem sobie po podwórku w kwadracie ulic: Fontany, Żeromskiego, Lisowska, Staffa. Na dalsze wyprawy musiałem jeszcze poczekać, dorosnąć. Nie obyło się oczywiście bez pierwszego „wypadku”. Po prostu zagapiłem się na ładną koleżankę i wjechałem w druciane ogrodzenie trawnika. Bum. Na szczęście skończyło się na strachu oraz chwilowej niechęci do roweru.

Poza tym, rosłem jak na drożdżach i wkrótce mój pojazd okazał się za mały, a ja za duży. Dramat. Oprócz tego zżerała mnie zazdrość, bo starszy kolega – Darek miał czechosłowacki rower kolarski „Favorit”. Nie muszę chyba tłumaczyć, że szpanował nim (skutecznie) przed dziewczynami z podstawówki nr 209 i XXII LO im. José Marti.

Ale... I ja się doczekałem pięknego pojazdu. Na urodziny dostałem od cioci rower kolarski „Maraton”, naszej produkcji. W jej asyście wybrałem go osobiście w sklepie sportowym na ulicy Nowowiejskiej przy Placu Zbawiciela. Kosztował dokładnie 1830 zł. Kupa pieniędzy! Od razu postanowiłem go wypróbować i przygazowałem chodnikiem w tę i nazad. Niestety, nie zauważyłem rozbitego szkła i przebiłem obie szytki. Co robić? Poszliśmy na przystanek tramwaju linii 15, a gdy nadjechał, motorniczy nas nie wpuścił, bo nie wolno i koniec dyskusji. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić piechotą na Bielany. Ciocia dreptała zła, ja jeszcze bardziej, prowadząc wehikuł. Zajęło nam to ponad 2 godziny. No i tak to było.

Nie ukrywam, że na podwórku wzbudziłem moim rowerem lokalną sensację, a i dziewczyny wyraziły nagłe zainteresowanie moją osobą. Chłopaki co i raz to prosili: ty, no nie bądź żyła, daj się przejechać. I takie tam.

Któregoś dnia zrobiliśmy wyścig kolarski wokół pawilonu handlowego na ulicy Lisowskiej przy Z. Nałkowskiej. Niektórzy przyjechali nawet rowerami typu „Goplana”. Kto wtedy żył, ten wie o czym mowa.

Niestety, skończyło się to dla mnie fatalnie. Chciałem być jak Królak, Szozda, Szurkowski i dałem czadu na zakręcie. To był błąd. Zbyt mocno pochyliłem rower i ...

Wyłożyłem się na całego zapoznając z betonem, co skończyło się natychmiastową wizytą poza kolejką u chirurga w przychodni na Żeromskiego 13. Rtg, szwy, opatrunki, szczepionka przeciw tężcowa i inne „atrakcje”. Wolałbym o tym zapomnieć...

Tak czy siak, zjeździłem nim całe Bielany wzdłuż i wszerz, co bardzo przydało się później (vide: moje artykuły w „NB”). Ale o tym jeszcze nie wiedziałem.

Gdy nastała era składaków, kupiłem w pawilonie handlowym przy ulicy Ogólnej bardzo fajny rower marki: „Jubilat 2”, który posiadał wygodne siodełko „Martensa” ze sprężynami, dynamo i światła i skórzaną torebkę z narzędziami i metalową pompkę, a nie jakieś plastikowe byle co jak teraz. Co do dzwonka od razu go wywaliłem, bo wydało mi się infantylne dzyń, dzyń, co ja tramwaj jestem? Nabyłem w sklepie zabawkarskim trąbkę z gumową gruchą i jak nacisłem, to był szok dźwiękowy, ludzie uciekali na boki. Posiadam ją do dziś, ale już nie używam  No, panie Leszek – pomyślałem wtedy – to jest coś. Dojadę wszędzie gdzie chcę. A nawet dalej.

Służył mi przede wszystkim jako środek transportu do pracy; jeździłem nim do huty „Warszawa”. Natomiast w wolne dni, przemierzałem wraz z kolegami Lasek Bielański, Kępę Potocką czy Puszczę Kampinoską. Brało się kanapki, wodę w bidon i godzinami można było poznawać co ciekawsze miejsca w dzielnicy.

Gdy założyłem rodzinę i urodził się syn, powstał mały problem konstrukcyjny: jak go wozić? Na szczęście pojawiła się nowość: specjalny, mocny koszyk wiklinowy z uchwytami na kierownicę, wygodnym oparciem oraz podnóżkami. Środek wykładało się kocykiem, żeby było miękko i wygodnie. Po czym brało się 3-latka pod pachy, podnosiło do góry i sadzało tyłem do kierunku jazdy, a twarzą do mnie. Full control.

Czyli, bierzemy misia w teczkę, jedziemy na wycieczkę. I dokładnie tak było. Tym sposobem w dwa rowery; żona, ja oraz syn, odbyliśmy kilka fajnych wypraw. Byliśmy młodzi, mieliśmy siłę, więc jeździliśmy składakami na dłuższe eskapady. Np. do Lasek, Izabelina, a raz nawet zaniosło nas do Pruszkowa oraz Komorowa. A pamiętajcie, że w latach 80-tych nie było jeszcze ścieżek rowerowych, poruszaliśmy się ulicami i szosami, jak najbliżej prawego skraju jezdni.

Z kolei córka, nauczyła się jeździć rowerem w trymiga. Zwyczajnie uciekła babci z kija i pomknęła przed siebie jak strzała, myśląc, że on tam jest! Taka historia. Syn i córka jeżdżą dzisiaj z pasją rowerami, co mnie cieszy. Miła sytuacja.

Tymczasem przyszła do nas moda na masowe, rekreacyjne jeżdżenie rowerem i zaczęły powstawać pierwsze ścieżki. Trochę tu, trochę tam, stopniowo trasy zaczęły się łączyć ze sobą w sensowną całość. Aczkolwiek, do dziś pamiętam absurd rodem z filmu Barei. Tuż za skrzyżowaniem ul. Wólczyńskiej i Reymonta ścieżka rowerowa kończyła się dokładnie na... budce telefonicznej!

To, zainspirowało mnie do napisania materiału pt. „Ścieżki bez tajemnic” (NB V 2005). Przy okazji zjeździłem całą dzielnicę, „inwentaryzując” istniejące wówczas szlaki, po czym stworzyłem kolorową mapkę, która ukazała się wraz z w/w materiałem. Była bardzo dokładna, ponieważ innym kolorem zaznaczyłem nawierzchnię z kostki Bauma, a innym – asfaltową.

Uruchomienie miejskiego systemu wypożyczania rowerów „Veturilo”, wymusiło niejako modernizację istniejących już ścieżek i budowę nowych tras na terenie Bielan.

Nie ukrywam, że jako długoletni felietonista „Naszych Bielan”, zbierając dany materiał, poruszam się niemal wyłącznie rowerem. Szybko, tanio, zdrowo i dojechać można do każdej mysiej dziury.

Pogoda nie ma tutaj większego znaczenia, choćby dlatego, że od wielu lat zimy u nas są łagodne. Do tego stopnia (cenna informacja dla klimatologów i socjologów), że rok temu jeździłem rowerem 30 grudnia, a następnie 2 stycznia. Było lekko na plusie, zero wiatru czy śniegu.

Tu mała rada dla Bielańczyków, którzy nie jeżdżą na okrągło. Ubieramy się na tzw. cebulę, do tego kurtka z kapturem, bawełniana czapka oraz rękawiczki. Aha, jeszcze jedno. Guma na zimnie twardnieje, nie pompujcie opon do oporu, bo na byle rozsypanym piasku można się wywrócić. Wiem to z doświadczenia; lepiej mieć je ciut flakowate, co zapewnia lepszą przyczepność.

Czas na finał. Materiał ten powstał z... wdzięczności dla mojego roweru. Tak, tak. Powiem szczerze; nosiłem się z tym tekstem w głowie jak kura z jajem, próbując znaleźć „klucz”, motyw przewodni. Znalazłem. Rowerem przez Bielany.

PS Załączam zdjęcia obiektów, które występują w tekście.

Miłej jazdy na wiosnę.

Leszek Rudnicki

Lipiec 2020
P W Ś C Pt S N
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany