Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 

Pionierzy nieupamiętnieni

Pokryta śniegiem, piaszczysta pustynia zwana na Polami Bielańskimi, stała się 1 stycznia 1927 r. świadkiem zdumiewającej uroczystości wkopania (bo nie wmurowania!) kamienia węgielnego pod osiedle mieszkaniowe spółdzielni „Zdobycz Robotnicza”.

Otej inicjatywie budowlanej parlamentarnego koła PPS pisaliśmy już wielokrotnie, a istniejąca do dziś kolonia obchodzić będzie niedługo setny jubileusz, w pełni zasługując na miano bielańskiej starówki. Wróćmy jednak do roku 1927, w którym rozpoczęto budowę osiedla obliczonego ówcześnie na aż 60 domów. Rok po akcie inauguracji w szczerym polu stały już pierwsze, w pełni wykończone domy szeregowe – przy ul. Chełmżyńskiej (dziś: Płatniczej) i pl. Konfederacji. Władze spółdzielcze postanowiły uwiecznić sukces swego programu socjalno-budowlanego za pomocą najnowocześniejszego ówcześnie środka masowego przekazu – filmu dokumentalnego. Został on zrealizowany jeszcze w zimowej aurze, która jednak – jak widać – nie przerwała prac budowlanych. Film, zachowany w zbiorach Filmoteki Narodowej, trwa niespełna dwie minuty, ale jest niebywale nasycony treścią, której wystarczyłoby na pokaźny tom charakterystyki inwestycji. W roku 1928 front robót objął ulice Kleczewską, Lipińską i Kasprowicza. W momencie wykonania zdjęć stan prac był zróżnicowany – od dołów wyrytych w piachu, w które wkopywano studzienki szamb, po wykańczanie więźby dachowej na surowych murach. Dzięki temu zróżnicowaniu możemy obserwować różne etapy robót wykonywanych wyłącznie siłami rąk robotników i zatrudnionych na budowie, z reguły znacznie gorzej wykwalifikowanych, przyszłych właścicieli segmentów. Końcowe kadry kroniki ukazują ich pochód w drodze do pracy z przystanku kolejowego przy ul. Marymonckiej. Zbity, robociarski tłum, poorane zmarszczkami twarze, ćmione w kąciku ust papierosy, czapki, kaszkiety i papachy, kurtki i paltoty, ciężkie buciory, zawiniątka z pajdą chleba, czasem rower. Te anonimowe postacie to nasi pionierzy, pierwsi zasadźcy, koloniści bielańskiego „dzikiego zachodu”. Na innych kadrach widać ich przy pracy, z oskardami i szuflami w dłoniach przerzucających pryzmy piachu ładowanego na szynowe wagoniki, wbijających kołki i gwoździe w krokwie więźby, albo układających na niej dachówkę. Tu i ówdzie przechadzają się panowie inżynierowie i członkowie zarządu spółdzielni – eleganccy, w długich paltach, melonikach i z laseczką w dłoni. Na budowę dojeżdżają wygodniej niż robotnicy – samochodem przerobionym na mikrobus.

Budowa jest społecznym eksperymentem, więc budzi żywe zainteresowanie mediów, dla których zbudowano specjalny pomost widokowy. Wieżowa konstrukcja z desek wyrosła w miejscu, w którym dziś stoi pawilon kliniki weterynaryjnej, czyli na zapleczu tzw. domów Towarnickiego przy ul. Schroegera. Z platformy skorzystała także ekipa filmowa, utrwalając cały teren budowy. Z tej perspektywy można zauważyć wiele szczegółów organizacji zaplecza inwestycji, tymczasowy barak magazynowy, składy materiałów budowlanych oraz prowizoryczne ustępy. Wszystkie zdjęcia wykonano w świetle dnia. Zimą mrok zapadał szybko, lecz z filmu nie dowiadujemy się, czy po zmierzchu prace kontynuowano – wprawdzie widać słupy z przewodami elektrycznymi (linię pociągnięto aż z Pruszkowa), ale latarni jeszcze nie ma. Po pracy, w egipskich ciemnościach właściwych pustyni trzeba było jeszcze wrócić na stację kolejową!

I tak dzień po dniu, z wyjątkiem niedzieli, przez niemal sześć kolejnych lat, aż do upadku spółdzielni i agonii arkadyjskiej utopii. Krach marzeń o mieście-ogrodzie, zbudowanym rękami przyszłych mieszkańców zbiegł się w czasie z haniebnym procesem brzeskim, w którym na ciężkie więzienie – z woli sanacyjnego rządu – zostali skazani byli centrolewicowi posłowie na sejm Rzeczypospolitej. Zapadłe wyroki były ostatecznym końcem marzeń o demokratycznej, sprawiedliwej Polsce, o państwie jednako troszczącym się o wszystkich swych obywateli. W ponurej rzeczywistości prawicowo-katolickiej dyktatury nie było miejsca na socjal-demokratyczne eksperymenty społeczne.

Nie wiadomo dziś, na ile zasadne były oskarżenia o defraudację środków i materiałów budowlanych, skierowane przeciw spółdzielni i skutkujące sekwestrem sądowym, a w konsekwencji bankructwem. Faktem pozostaje, że domy budowano z kiepskich materiałów i czasem po dyletancku, ale czy był to rezultat złej woli, czy po prostu braku dostatecznie wykwalifikowanych kadr,  doświadczenia i dostatecznych środków? Jak by nie było, prawo i sprawiedliwość w interpretacji władzy i podległemu jej kredytodawcy, czyli Banku Gospodarstwa Krajowego, oznaczało wyrzucenie ludzi z domów na bruk z pomocą bagnetów żołnierzy Wojska Polskiego.

Niewielu spośród mieszkańców dysponowało funduszami, które sprostały nieludzkiemu wymogowi banku natychmiastowej spłaty całości kredytu, toteż czystkę przetrwali głównie spółdzielcy usytuowani najwyżej w jej hierarchii – członkowie kierownictwa i niektórzy majstrowie. Pozostali rozpierzchli się po świecie, a niektórzy – zgodnie z miejscowymi opowieściami – popełnili samobójstwo. Bielańscy pionierzy, tak okrutnie potraktowani przez państwo polskie, nie doczekali się upamiętnienia i uhonorowania. Do okrągłej rocznicy stulecia „Zdobyczy Robotniczej” pozostało niespełna osiem lat, więc jest czas, aby zmienić ten stan rzeczy. Na razie zaś jeszcze raz spójrzmy na te zuchowate oblicza ludzi, których jeszcze napędza nadzieja na szczęśliwą odmianę losu.

Jarosław Zieliński

Maj 2020
P W Ś C Pt S N
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany