Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 

Bielańskie dzieje sprzed 100 i 75 lat

Dwie rocznice: 100-lecie i 75-lecie – są ściśle związane z wydarzeniami, jakie miały miejsce na terenie naszej dzielnicy.

Pierwsza z nich to stulecie powstania placówki wychowawczej otaczającej opieką sieroty i półsieroty, która powstała 15 listopada 1919 r. w Pruszkowie, a 9 lat później przeniesiono ją na Bielany. Były to dzieci, których rodzice (lub jedno z nich) oddali życie za wyzwolenie narodowe lub społeczne. Jeszcze w Pruszkowie w 1923 r. powstało towarzystwo ,,Nasz Dom”, które podjęło się wspomagać materialnie zakład pruszkowski. Założycielami towarzystwa (dziś powiedzielibyśmy fundacji), którzy szczególnie poświęcili się temu celowi, była grupa pedagogów i działaczy społecznych, m.in.: Stefania Sempołowska, Janusz Korczak, Teodor Duracz, Maria Grzegorzewska i Maryna Falska. W dziesięć lat po odzyskaniu niepodległości (w 1928 r.), przy dużym wsparciu młodego państwa, zakład przeniesiono na Bielany, do nowoczesnego budynku projektu Zygmunta Tarasina. Duży wpływ na jego aranżację i projektowanie miał jeden z pedagogów i wychowawców młodzieży – Janusz Korczak.

Działalność tej rozpoznawalnej bielańskiej placówki wychowawczej była stale rozszerzana na rzecz mieszkańców, a szczególnie młodzieży z osiedla Zdobyczy Robotniczej. W jego pięknych i gościnnych wnętrzach znalazła się pierwsza na Bielanach biblioteka i czytelnia. Organizowane były półkolonie. Skromne środki finansowe będące w dyspozycji ,,Naszego Domu” zmusiły kierowniczkę, panią Marynę Falską, do szukania innych rozwiązań organizacyjnych. Wychodząc naprzeciw potrzebom wzrastającej liczby mieszkańców, związanej z rozbudową osiedla Bielany, w ,,Naszym Domu” uruchomiono pierwsze bielańskie bezpłatne przedszkole.

Jako stary bielańczyk mogę powiedzieć, że czuję się wychowankiem „Naszego Domu”. Od 1937 r. do wakacji poprzedzających wybuch II wojny światowej chodziłem do niego i korzystałem nie tylko z nowatorskich metod wychowawczych, ale i wspaniałych smaków kuchni. Pamiętam, jak organizowano nam zabawy na rozległym, ogrodzonym terenie, którego granicą były ulice: Kasprowicza, Fontany, al. Zjednoczenia i Sokratesa. Na tym terenie znajdowała się słynna górka, usypana z ziemi spod fundamentów „Naszego Domu”, zimą i latem służąca dzieciakom do wspaniałej zabawy. Do tradycji naszego przedszkola wpisał się teatrzyk ze słynną piosenką o wróbelkach, którą prezentowaliśmy rodzicom i społeczności bielańskiej, m.in. także w auli AWF. To było wielkie przeżycie aktorskie dla przedszkolaka prezentującego się w pięknym stroju. Niech to wspomnienie będzie poświęcone panu Jankowi Piecińskiemu – mieszkańcowi ,,Naszego Domu”, który tę piosenkę o wróblach grał nam na skrzypcach.

Świergot wróbelków wraz z piosenką ucichł po wakacjach w 1939 r. Zmieniło się także nasze otoczenie, bo młody lasek sosnowy pomiędzy Bielanami a Wawrzyszewem poszedł pod topór z powodu braku opału zimą. Ziemię zaś wykorzystano pod uprawę. Sadzono kartofle, pomidory i ogórki, a nawet siano zboże. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale trzeba było wtedy żyć, bo życie dyktowało takie warunki. Wszyscy się organizowaliśmy i mieliśmy jeden cel – przeżyć okupację.

Na ówczesnych Bielanach powstał duży garnizon Luftwaffe, który zajął dawne nasze lotnisko (dziś osiedle Młociny, a także CIWF – obecny AWF) i budynek nowo powstałej szkoły nr 21 na ulicy Zuga 16. Szkoła znalazła się w dwóch budynkach przy ulicy Hajoty pod numerami 33 i 36. Pozwolono nam zabrać ławki i tablice, gdyż wojsko niemieckie ich nie potrzebowało. Warunki nauczania były bardzo trudne, szczególnie zimą. Brak opału do pieców węglowych skutkował przenikliwym chłodem w klasach. Dodatkowym problemem był ustalony przez Niemców program nauczania. Podstawowym podręcznikiem było broszura pod tytułem „Ster”. Nauczyciele jednak korzystali wbrew zaleceniom władz niemieckich z przedwojennych podręczników szkolnych. Jednym z tych odważnych nauczycieli był też mój wychowawca – pan Władysław Krawiec (widoczny na zdjęciu wśród uczniów naszej klasy). Wśród moich kolegów byli także wychowankowie z sierocińca „Nasz dom”. To biedne i bose towarzystwo uczyło się ze szczególną wytrwałością i zapamiętaniem. Wśród nich także niżej podpisany (na zdjęciu w górnym rzędzie, trzeci od lewej). Pan Krawiec był naszym sąsiadem i przyjacielem naszej rodziny, więc przekazywał mi te książki w trakcie zajęć i ja wynosiłem je do kryjówki. Niestety nasz wychowawca został w 1944 r. aresztowany i zginął w nieznanych okolicznościach.

Ostatnie wojenne wakacje były szczególnym okresem, bo już w atmosfera w mieście była napięta. Czuliśmy to nie tylko my, małe dzieci, ale również i Niemcy, którzy przygotowywali się do ewakuacji z Warszawy, czując na plecach szybko posuwającą się Armię Czerwoną. Niemcy przygotowali jednak kontrofensywę pod Warszawą, rzucając do walki doborowe jednostki pancerne, które zatrzymały na pewien czas linię frontu. Nie wstrzymało to jednak ucieczki osadników niemieckich ze wschodu, którzy z całym dobytkiem szli przez warszawskie mosty do Reichu. Ten spektakl można było też obserwować na obrzeżach Bielan. Niekończąca się kolumna wozów konnych i morze ludzi płynęło ulicą Wolumen. Wtedy zdawaliśmy sobie sprawę, że dni ich panowania są już policzone. Czekaliśmy tylko na coś, co przyniesie nam upragnioną wolność. Niestety nie było to tak szybko, jak się spodziewaliśmy. Stało się to dopiero po pół roku.

Ucieczka i ewakuacja urzędów niemieckich została uznana jako okazja do przyspieszenia wybuchu powstania w Warszawie. Nasza radość z długo oczekiwanej wolności trwała jednak krótko. Te wydarzenia opisywałem w sierpniowym numerze „Naszych Bielan”.

Po dwóch dniach walk osiedle bielańskie zostało opuszczone przez oddziały powstańcze. Znaleźliśmy się w strefie ziemi niczyjej. Tędy szło zaopatrzenie ze zrzutów dla powstania z Kampinosu dla Żoliborza i Starówki. Łącznie walcząca Warszawa otrzymała prawie 200 ton zaopatrzenia, w tym połowę stanowiła żywność. Zrzuty otrzymane dla walczącego miasta były przekazywane na Żoliborz i Starówkę przez Bielany. Sprzyjała temu wprowadzona strefa buforowa, gdzie zarządzała armia węgierska sprzymierzona z Niemcami. Ten sojusznik historycznie hołdował jednak znanemu powiedzeniu: „Polak Węgier dwa bratanki…”. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgrzy nie byli dobrze traktowani przez Niemców. Przez pewien czas zakwaterowani byli w lasku bielańskim i byli głodni. Bielańczycy przyjmowali ich w domach, częstując czym chata bogata, tyle tylko, że trudno było się z nimi dogadać. Gościli ich także moi rodzice w domu na Przybyszewskiego.

Krótka jednak była ta nasza radość z rejterady Niemców, bo zgodnie z rozkazem 732/44 dowódcy grupy bojowej von den Bacha musieliśmy opuścić nasze Bielany. Wędrówkę tę 75 lat temu rozpocząłem od swojego dawnego przedszkola w „Naszym Domu”, w którym zakończyłem edukację przed wybuchem wojny. 17 września 1944 r. na plac otaczający „Nasz Dom” zostało spędzonych 5 tysięcy mieszkańców Bielan, a następnie popędzono ich do obozów w Pruszkowie i Ożarowie. Z obozów tych część z nich została wywieziona do pracy w Generalnej Guberni, a pozostali do obozów koncentracyjnych.

Nasza rodzinna tułaczka trwała pół roku, ale szczęśliwie wróciliśmy na swoje ukochane Bielany. Było to już niestety inne miasto i inny świat. Tą nową część powojennej historii naszej „małej ojczyzny” pisał każdy z nas po swojemu.

Adrian Gawerski

bielańczyk od urodzenia

Maj 2020
P W Ś C Pt S N
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany