Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Trup w młocińskim lesie

O zbrodni dokonanej w styczniu 1938 r. pisały bodaj wszystkie gazety w Polsce. Motyw, którym kierował się morderca, był złowieszczo absurdalny.

 

Taksówkarz Wacław Zaremba siedział w swojej maszynie i zaciągał się papierosem, czekając przy skrzyżowaniu Ordynackiej i Kopernika na klienta. Nocami miewał tu niezłe utargi – goście pobliskiego hotelu „Savoy” często korzystali z taryf. Od strony rozświetlonego neonami Nowego Światu nadszedł młody, wysoki blondyn, odziany w kolejarski mundur. Zagadnął taksówkarza o koszt przejazdu do Białegostoku, gdyż jak oznajmił, spóźnił się na ostatni pociąg. Nalegał, by taksówkarz zabrał ze sobą łopatę, gdyby przyszło przebijać się na trasie przez śnieżne zaspy. Zaremba, zwąchawszy pieniądz, podał cenę kursu, na co rozmówca zapytał z głupia frant o przebieg pojazdu. Choć licznik wskazywał około 11 tys. kilometrów, przybysz machnął ręką i rzucił, że w takim razie wóz jest dla niego zbyt zużyty, po czym odszedł. Osłupiały szofer zdążył jedynie posłać za niedoszłym klientem garść siarczystych przekleństw.

Po skończonej zmianie Zaremba dowiedział się od kolegów po fachu, że tego dnia również zaczepiał ich jakiś dziwny kolejarz, który interesował się stanem samochodów i prosił o zabranie łopaty...

 

Makabryczne odkrycie

Piętnastoletni Romek Skórzyński wracał ze sklepu w Młocinach ze sprawunkami dla matki. Szedł drogą przez lasek za willowym osiedlem. Nagle ujrzał między drzewami świeżo rozkopaną ziemię. Wgłębienie miało prostokątny kształt, na piasku ktoś narysował niewielki znak krzyża. Chłopiec miał przeczucie, że właśnie zobaczył... grób. Pobiegł do domu i opowiedział rodzicom o tajemniczym znalezisku.

Ojciec początkowo nie chciał uwierzyć rewelacjom podekscytowanego nastolatka, ale w końcu uległ i dał się zaprowadzić do rzekomej mogiły. Zauważył obok ślady kół, co wydało mu się nieco podejrzane. Za namową żony zawiadomił posterunek policji w Łomiankach. Na miejsce przybył starszy posterunkowy Franciszek Szarlak, który wezwawszy młocińskiego gajowego i dwóch gospodarzy na świadków, zarządził rozkopanie „obiektu”.

Wnet straszna prawda wyszła na jaw – w dole ukazało się zakrwawione, nagie ciało mężczyzny. Policjant popędził na posterunek i zatelefonował do komendy powiatu warszawskiego: „Melduję że w dn. 18. b.m. o g. 14.00 w lasku pod osiedlem Młociny-Park, pow. warszawskiego, wydobyłem zakopane na głębokości 1.50 m. zwłoki N.N. mężczyzny. Rysopis: lat około 27, wzrost 1.70 m., szczupłej budowy, twarz pociągła, włosy jasno-blond długie, bez zarostu, nago. W tylnej części czaszki znajduje się rana postrzałowa. Z przeprowadzonego wywiadu wynika, że denat został przywieziony samochodem na miejsce […] ze śladów krwi znalezionych w grobie wynika, że zabity był na krótko przed pogrzebaniem, z wyglądu robotnik”.

Zamordowany miał pod paznokciami ślady smaru samochodowego, toteż śledczy przypuszczali, że musiał być z zawodu kierowcą lub mechanikiem. Denata natychmiast powiązano ze sprawą szofera Jana Szlendaka, który kilka dni wcześniej przepadł bez wieści wraz ze swoją taksówką marki Steyr 50 o numerze bocznym 15. Ostatni raz widziano go w nocy z 10 na 11 stycznia na postoju pod dansingiem „Paradis” na Nowym Świecie. Domysły potwierdziły się – ojciec zaginionego zidentyfikował odnalezione zwłoki jako swojego syna. Szofer został zamordowany dwa tygodnie przed swoimi 26. urodzinami.

 

Śledztwo

20 stycznia Polskie Radio rozpoczęło nadawanie komunikatu, w którym opisywano wygląd i szczegóły techniczne auta Szlendaka. Nazajutrz rankiem do stołecznego Urzędu Śledczego zgłosił się szofer Teodor Wachłaczenko, który widział, jak mężczyzna w kolejarskim płaszczu i czapce przyjechał poszukiwanym samochodem do garażu w Al. Jerozolimskich 109 i zlecił mycie pojazdu. Świadek wspomniał o śladach świeżego lakieru w miejscu, gdzie powinien był znajdować się numer boczny taksówki. Kolejarz dziwnie się zachowywał, nim pracownicy dokończyli czyszczenie, odjechał z piskiem opon w siną dal.

Pierwszy trop został uchwycony, dalej poszło jak po nitce do kłębka. Policyjni wywiadowcy rychło ustalili, że skradziony Steyr przez kilka dni parkował pod kamienicą w al. Niepodległości 159, a za kółkiem siedział jegomość w mundurze PKP. Ludzie z sąsiedztwa zeznali, że pokój w tym budynku wynajmował niejaki Władysław Skwierawski, przedstawiający się jako urzędnik kolejowy. W mieszkaniu policjanci natrafili na kluczowy dowód – prawo jazdy Jana Szlendaka.

Śledczy przejrzeli kartoteki: Skwierawski, 23-latek pochodzący z Kaszub, był wcześniej notowany za kradzieże. Radio i gazety podawały odtąd dokładny rysopis ściganego. 23 stycznia w garażu w Lublinie policjanci znaleźli poszukiwaną taksówkę, z fałszywą tabliczką rejestracyjną i zakrzepłą krwią na tapicerce. Dowiedzieli się, że „kolejarz” po przyjeździe przenocował w hotelu „Victoria” (pod swoim nazwiskiem!), a następnie udał się pociągiem w nieznanym kierunku. Funkcjonariusze przeczesywali dworce i hotele w całym kraju, zaostrzono kontrole na przejściach granicznych.

Wieczorem 25 stycznia morderca wpadł. Aresztowano go w Lwowie, gdzie właśnie wynajął mieszkanie.

 

Motyw zbrodni

Skwierawski przyznał się do zabójstwa Szlendaka. Zamordował szofera, ponieważ... zapragnął bogato się ożenić i potrzebował dobrej bryki, by zaimponować przyszłej wybrance. Zbrodniarz udawał wyższego urzędnika Kolei Państwowych, chcąc prestiżem munduru wzbudzać zaufanie, a zarazem sprawiać wrażenie „dobrej partii”.

Krążył po postojach taksówek w poszukiwaniu możliwie najnowszej, najcenniejszej maszyny. Rozmawiał co najmniej z pięcioma szoferami, zmyślał różne kierunki przejazdów. Ostatecznie upatrzył sobie samochód Szlendaka. Kazał się zawieźć do Grudziądza. Nieopodal Brodnicy poprosił o zatrzymanie wozu pod pozorem sprawdzenia czegoś pod maską. Rewolwerem, pożyczonym od kolegi z wojska, strzelił nieświadomemu kierowcy w tył głowy. Przykryte kocem zwłoki położył na tylnej kanapie i ruszył z powrotem w stronę Warszawy.

W Młocinach skręcił z szosy w lewo do lasu. Próbował zakopać ciało przy pomocy łopaty z bagażnika taksówki, ziemia jednak była zbyt zamarznięta. Od grabarza w sąsiednich Łomiankach wziął kilof, który grzecznie oddał po skończonej „robocie”. Być może przez wrodzoną bogobojność nakreślił krzyżyk na mogile. Ubranie Szlendaka rozrzucił później w kilku miejscach na Mokotowie. Po dokonaniu zbrodni zarejestrował się w biurze matrymonialnym „Postęp”. Otrzymał kontakt do pewnej damy, nawet spotkał się z nią na chwilę, zajeżdżając – a jakże – skradzionym autem.

Na rozprawie Skwierawski usłyszał wyrok: kara śmierci. W areszcie zdradzał objawy choroby umysłowej. Bredził, że jakaś tajemna siła popchnęła go do morderstwa. Na wniosek lekarzy został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym i poddany obserwacji, przez co kilkukrotnie odraczano egzekucję. Nie wiem, czy poszedł na stryczek. Niewykluczone, że uznano go za osobę niepoczytalną.

 

W głębi lasu

Przez niemal cały rok 1938 gazety rozpisywały się o sprawie morderstwa Jana Szlendaka, mimochodem „rozsławiając” Młociny. W niektórych artykułach błędnie podawano, że Skwierawski zastrzelił szofera właśnie w młocińskim lasku, pewien reporter wspominał nawet o odgłosie strzału, który miał obudzić okolicznych mieszkańców.

Ojciec nastoletniego odkrywcy mogiły, zdun Władysław Skórzyński, to mój pradziadek ze strony mamy. Skórzyńscy mieszkali wówczas na końcu dzisiejszej ul. Żubrowej, wśród lasu i łąk. W artykule w „Kurjerze Czerwonym” znalazłem nawet fotografię Romana i jego rodziców, to zarazem jedyny wizerunek pradziadków... Krewni długo wspominali historię ujawnienia zbrodni, choć z biegiem lat rodzinna pamięć przekręciła nazwisko nieszczęśnika na „Szwendak”.

 

Mateusz Napieralski

 

Korzystałem m. in. z policyjnych akt sprawy morderstwa Szlendaka (Archiwum Akt Nowych) oraz z licznych artykułów prasowych z 1938 r.

 

Grudzień 2020
P W Ś C Pt S N
30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany