Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Między dżumą a cholerą

Państwowe archiwa prowadzą akcję gromadzenia źródeł – fotografii, nagrań video, artykułów czy internetowych memów – utrwalających czasy pandemii. Ciekawe, jak ten dziwny rok 2020 za kilkadziesiąt lat będą opisywać podręczniki do historii...? Tymczasem zerknijmy do starych dokumentów i gazet. Z jakimi zarazami zmagali się dawni mieszkańcy naszych okolic?

Mateusz Napieralski

„Ta wieś przez nieprzyjaciela z gruntu spalona, tylko pustki zostały […] Poddani częścią przez wojnę poginęli, częścią powietrzem wymarli, jeden tylko poddany został [...]” – tak w 1660 r. królewscy urzędnicy opisali Młociny, zrujnowane kilka lat wcześniej podczas najazdu Szwedów na Rzeczpospolitą. Opustoszała również pobliska wieś Wola Burakowska (czyli późniejsza Wólka Węglowa). Ponurym pojęciem „morowe powietrze” określano niegdyś różne jednostki chorobowe, na przykład dżumę, ale także tyfus i czarną ospę, toteż nie sposób dokładnie ustalić, czym w dobie szwedzkiego potopu zarazili się młociniacy i ich sąsiedzi.

Doktor Franciszek Giedrojć w książce „Mór w Polsce w wiekach ubiegłych” (1899 r.) podawał, że za rozprzestrzenianie się „powietrznej” choroby odpowiedzialni byli właśnie najeźdźcy z północy: „W r. 1656 znowu powstała zaraza w różnych dzielnicach kraju i trwała lat osiem. Roznieśli ją Szwedzi po Warmii, zawlekli do Płocka i Warszawy, skąd następnie przeszła do województwa Podlaskiego, Litwy i Małej Rusi”. Epidemie nierzadko towarzyszyły ludności dawnej Rzeczypospolitej, jednak w drugiej połowie XVII w. trafiły na szczególnie podatny grunt, bowiem cały kraj był wyczerpany kilkoma wojnami i spowodowanymi przez nie klęskami głodu.

 

Grassująca” cholera

Latem 1852 r. Warszawę, po raz drugi w dziejach miasta, nawiedziła epidemia cholery – ostrej, zaraźliwej choroby układu pokarmowego, wynikającej ze złych warunków sanitarnych. Do zakażenia bakterią vibrio cholerae dochodziło przez spożycie zanieczyszczonej wody bądź niedogotowanej żywności. Choroba objawiała się biegunką, bólem brzucha i poczuciem osłabienia. Następowały częste wymioty, ochłodzenie ciała, skurcze, zimne poty, zatrzymanie moczu, pomarszczenie skóry, a ponadto zmiana barwy głosu. Twarz chorego szarzała i zapadała się, przybierając trupi wygląd. Statystycznie umierał co drugi zakażony. Ówcześni medycy leczyli cholerę za pomocą wywarów z leczniczych ziół oraz środków na bazie opium.

Epidemia nie ominęła podwarszawskich miejscowości. Pamiątką po czasach zarazy jest zabytkowa kapliczka na Wawrzyszewie przy skrzyżowaniu ul. Wólczyńskiej i Aspekt. Pod figurą Maryi znajduje się tablica z inskrypcją: „Na podziękowanie Bogu, że nas przy życiu zachował w śród grassującej cholery w miesiącu sierpniu 1852”. Mieszkańcy wznieśli ją w grudniu wspomnianego roku, gdy groźna choroba już wygasała. „Kurjer Warszawski” informował wówczas (cytuję, zachowując oryginalną pisownię): „We wsi Wawrzyszewie, należącej do Instytutu Marymontskiego, w dniu 19 b. m. o godzinie 11ej z rana, nastąpi uroczyste poświęcenie Statuy Matki Bozkiej, wraz ze stosownem Nabożeństwem w Kościele miejscowym, na podziękowanie Bogu, za uśmierzenie epidemji, która tu w miesiącu Sierpniu r. b. tak mocno się szerzyła”.

Ze źródeł historycznych niewiele dowiadujemy się o przebiegu tej choroby w naszej okolicy, niemniej jednak chciałbym zwrócić uwagę na pewien wskaźnik. W księgach zgonów parafii św. Marii Magdaleny (oprócz Wawrzyszewa obejmującej ongiś m. in. Młociny, Wólkę Węglową, Słodowiec, Rudą i Bielany) zaobserwowałem, że o ile w dekadzie 1842-1851 rokrocznie umierało średnio ok. 70 parafian, to w owym feralnym roku 1852 odeszło ich aż 148, a zatem dwukrotnie więcej. Przypuszczam, że cholera mogła być przyczyną śmierci wielu tych osób.

Kolejna, zdecydowanie już słabsza epidemia tej choroby trwała w Królestwie Polskim latach 1866-1867. Walkę z cholerą w gminie Młociny (rozciągającej się od Lasek i Kiełpina aż po Marymont i Powązki, czyli zawierającej w swych granicach całą obecną dzielnicę Bielany) koordynował wtedy wójt Mikołaj Trószyński. We wrześniu 1868 r. za swoje skuteczne działania samorządowiec został odznaczony przez cara Aleksandra II srebrnym medalem „Za gorliwość”.

 

Szkarłatna wysypka

„Nowa Gazeta” z 8 sierpnia 1911 r. alarmowała: „W okolicy Bielan pod Warszawą zaczęła grasować szkarlatyna, która zabiera sporo ofiar nie tylko między małemi dziećmi, lecz i pomiędzy starszemi. Prawie nie ma dnia, aby na miejscowym cmentarzu w Wawrzyszewie nie przybył nowy grób. Do rozszerzenia epidemii przyczyniło się w znacznej mierze niechlujne utrzymywanie domów przez tutejszych mieszkańców. W okolicy zaś niema zupełnie pomocy lekarskiej, w razie więc zasłabnięcia trzeba udawać się po doktora aż do miasta, odległego o kilka wiorst”. Faktycznie, w tych stronach było ciężko o fachowego lekarza. Działało wprawdzie wojskowe ambulatorium w bielańskim obozie armii carskiej, ale zdaje się, że nie przyjmowało cywili.

Szkarlatyna, zwana inaczej płonicą, roznosi się drogą kropelkową. Dotyka głównie dzieci, choć nie wyłącznie. Zarażony dostaje silnej gorączki, bólu gardła i wysypki (od jej charakterystycznego koloru wywodzi się nazwa choroby), na twarzy pojawia się rumień, język nabiera malinowej barwy. Kiedyś szkarlatyna często prowadziła do śmierci. Lekarze zalecali chorym chłodzące okłady na szyję oraz płukanie gardła i nosa letnią wodą z sokiem cytrynowym. Dziś płonicę stosunkowo łatwo leczy się antybiotykami, lecz w 1911 r. jeszcze ich nie znano; siedemnaście lat później bakteriobójczą penicylinę odkrył szkocki lekarz Alexander Flemming.

 

Nie tylko ludzkie choroby

Na obszarze dzisiejszej dzielnicy Bielany dawniej znajdowało się kilkanaście wsi i folwarków. Oprócz uprawy roli, podstawę utrzymania wielu mieszkańców stanowiła hodowla zwierząt gospodarskich. W stadach bydła co pewien czas wybuchały śmiertelne zarazy. Dotkliwe straty pogłowia w gminie Młociny przyniosły epidemie księgosuszu w 1872 i 1875 r. Nazwa choroby pochodzi od zalegania wysuszonej treści pokarmowej w części bydlęcego żołądka zwanej „księgą” (błony narządu przypominały swym kształtem kartki otwartej książki). Zwierzęta słabły, traciły apetyt i nie chciały przeżuwać, w pyskach pojawiały się owrzodzenia.

Liczne przypadki odnotowano na Bielanach, Młocinach, Wólce oraz w pobliżu Słodowca. Jeśli gospodarz zauważył w swoim żywym inwentarzu symptomy choroby, musiał niezwłocznie poinformować miejscowego sołtysa, a także wójta gminy młocińskiej. By zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy izolowano zdrowe bydlęta, zaś chore uśmiercano, zwłoki zakopywano na głębokości sześciu stóp (ok. 1,8 m). Hodowcy otrzymywali od władz Królestwa Polskiego odszkodowanie za padłe i wybite sztuki.

Księgosusz nie był jedyną zarazą krążącą wśród stad. W czerwcu 1889 r. ponad połowa bydła w Wólce Węglowej zapadła na jakąś nieznaną wówczas chorobę, objawiającą się opuchnięciem racic i owrzodzeniem języka. Zaniepokojeni włościanie poprosili władze gminne o przysłanie okręgowego weterynarza.

Epidemie – zarówno ludzkie, jak i zwierzęce – ciężko doświadczały naszych „krajan” sprzed wieków. Całe szczęście, że medycyna wykonała tak olbrzymi progres. Życzę Państwu dużo zdrowia w tym trudnym czasie. Dbajmy o siebie i innych!