Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Rosińscy na Chełmżyńskiej od 83 lat

Gdy na początku roku 1927 kładziono pierwsze cegły pod ławę fundamentową segmentów oznaczonych później numerami 73 i 75 przy ul. Chełmżyńskiej (dziś: Płatniczej), wokół nie było dosłownie nic, ani domów, ani ulic, ani miasta. Tylko lotne piaski, rachityczne porosty, a tu i ówdzie zapadliska wypełnione wodą. Dom szeregowy z owymi dwoma segmentami, wraz z bliźniaczym budynkiem przeciwległym, wyrastał jako pierwszy w kolonii „Zdobycz Robotnicza”, wznoszony siłami przyszłych właścicieli – z reguły kiepsko wykwalifikowanych, prostych ludzi, którzy zawodu uczyli się na próbach i błędach.

Jarosław Zieliński

 

Wiosną następnego roku w moim przyszłym domu mieszkali już ludzie. Kim byli? Nie mam pojęcia. Znikli wraz z tłumem innych mieszkańców „Zdobyczy” po bankructwie spółdzielni w roku 1932, wygnani z pomocą wojska. Nie sposób potwierdzić, czy rzeczywiście w moim przyszłym pokoju dziecinnym powiesił się z rozpaczy jakiś nieszczęsny szewc. Tak mi opowiadano. Ta „prehistoryczna” epoka skończyła się w roku 1937, gdy dwa segmenty przy Chełmżyńskiej kupił od banku mój dziadek ze strony mamy, Zygmunt Rosiński. Jako robotnik w Fabryce Karabinów zarabiał stosunkowo nieźle, ale uciułaną na dom zaliczkę (1000 zł) jednorazowo przegrał na wyścigach konnych i musiał wziąć pożyczkę. Dwa segmenty! Co za luksus dla robociarskiej rodziny, która wcześniej doświadczała nędzy w kamienicy przy Płockiej 46 na Woli, a dopiero dużo później dobrodziejstw „cywilizowanej” klitki w domu WSM przy Krasińskiego 20. Na Chełmżyńskiej wraz z Zygmuntem osiadła żona Feliksa, jej matka tego samego imienia, siedmioletnia córka Hania (moja mama!) oraz jej nowonarodzony brat Zbyszek. Reszta rodziny pozostała na Woli. Dziadek utrzymywał rodzinę i spłacał dom, toteż żyło się bardzo skromnie, choć wygodnie. Z dzisiejszej perspektywy oba mieszkania zasługiwały raczej na miano dziupli, ale wtedy wydawały się apartamentami! W każdym znajdowały się dwa pokoje, po jednym na parterze i piętrze, kuchnia z wanną, WC, dwa małe przedpokoje, przygórek i strych pod stromym dachem. Rolę piwnicy pełnił niewielki wkop z ceglanymi ścianami, dostępny przez klapę w podłodze. Przez okienko wsypywało się tam węgiel i ziemniaki. Węglem opalano piece w pokojach i kaflową kuchnię z fajerkami. Od 1936 r. wspaniałym powiewem nowoczesności była zimna woda z wodociągu miejskiego oraz kanalizacja.

Gdy dziadek rozpoczął rządy na Chełmżyńskiej na niemal czystym piachu rosły od frontu dwa młode morwowce, a za domem równie wątłe drzewka: jabłoń papierówka, za nią – glogierówka, dziś niemal zapomniana odmiana z przepysznymi, oszałamiająco soczystymi, kwaskowatymi owocami, a jeszcze głębiej grusza odmiany Sobieski. Uprawa ogrodu ograniczała się głównie do warzyw, szczególnie podczas okupacji niemieckiej. Wtedy to właśnie przedsiębiorczy Zygmunt uruchomił w domu produkcję bimbru tak doskonałej jakości, że kupowały go restauracje jako akcyzowy alkohol. Zacier z dodatkiem cytryn(!) dojrzewał pod piecem w pokoju, który jest dziś moją pracownią, a przetrwał do dziś i sam piec. Zarobione na fałszywej monopolowej pieniądze poszły na zakup w Grodzisku maszyn do produkcji pończoch, a potem na tony przędzy ściąganej skąd się dało. Produkcja ruszyła na Chełmżyńskiej, ale niemal gotowy do otwarcia był zakład na Poznańskiej w lokalu specjalnie na ten cel zakupionym, gdy wybuchło powstanie i wszystko diabli wzięli. Nieszczęścia chodzą parami i jak mawiają, za dobre uczynki musi spotkać kara, szczególnie gdy pomaga się rodzinie. Tak więc, gdy Zygmunt z dobrego serca wynajął krewnemu i jego bliskim prawy segment domu, ten po cichu sprzedał mieszkanie obcym ludziom. Po wojnie przyszło więc dziadkowi wykupywać sprzeniewierzoną własność. Ciekawe, że z tego powodu nie doszło w klanie do jakiegoś rozłamu, a o tej aferze dowiedziałem się całkiem niedawno. Cóż, ponoć rodzina zawsze musi trzymać się razem!

Już w połowie sierpnia 1944 r. bielańczycy zostali wygnani przez Niemców ze swych domów i zaraz potem rozpoczął się totalny rabunek pozostawionego mienia dokonany przez mieszkańców pobliskich wsi. Rosińscy przetrwali w chlewiku w Wólce Węglowej. Gdy zmieniły właścicieli pierścionki i obrączki ślubne, jako waluta wymienna przydały się pończochy, przemyślnie ukryte przez dziadka na Chełmżyńskiej. Zakopane maszyny wygrzebali skrzętni wieśniacy, ale pończochy jakimś cudem przetrwały grabież. Trzeba było je „tylko” przemycić przez kordon niemieckich posterunków, czym trudniła się Hania, ówcześnie czternastoletnia, wiadomo co ryzykując. Pończochy pozwoliły rodzinie przeżyć kolejne miesiące, bo zimą były artykułem pierwszej potrzeby dla kobiet, zazwyczaj w tamtych czasach nie noszących spodni. Gdy 19 stycznia 1945 r. Rosińscy wrócili z poniewierki, zastali na Chełmżyńskiej tylko mury i dach – rabusie wynieśli nawet okna, drzwi i deski podłogowe, a mróz sięgał 25 stopni! Ocalał jakiś zapomniany wazon wciśnięty za legar na poddaszu oraz garść dobytku, który w ogniu powstania uchodźcy zabrali ze sobą na furmance ciągnionej przez konia Icka. „Robinsonom” nie pozostało nic innego, jak rozpalić ogień na zmarzniętym piachu pośrodku jednego z pokojów. Dwa dni później do naszego domu dowlekła się ostatkiem sił druga, „wolska” prababcia, Marianna, która wkrótce skonała na barłogu przy ognisku. Czym i jak rodzina wykuła na Wawrzyszewie grób w skutej lodem ziemi, do dziś nie wiem. Żeby przetrwać, trzeba było szabrować opuszczone domy, wyrywając ocalałe tu i ówdzie drzwi i okna. Podczas niedawnych prac konserwatorskich przekonałem się, że dwoje drzwi wejściowych, pozornie identycznych, różni się pierwszą warstwą farby – jedne były brązowe, a drugie niebieskie, czyli miejsce ich pochodzenia było różne.

Po wojnie też nie było łatwo. Gdyby nie kontakty dziadka, mój dom stałby się posterunkiem Milicji Obywatelskiej. W końcu jednak, po opłakaniu utraconych członków rodziny (część została wymordowana przez Niemców w kamienicy na Płockiej), uczynieniu domu zdatnym do użytku i wykupieniu od państwa Jechowiczów jego prawej połówki, można było na Chełmżyńskiej zacząć w miarę ustabilizowane życie. Lata pięćdziesiąte były biedne, bo to na moją mamę po ukończeniu studiów spadł obowiązek spłaty zaciągniętej przed wojną pożyczki. Później zaczęło być również ciasno, bo Hanna w 1953 r. wyszła za mąż za Alfreda Zielińskiego, mojego ojca, ex-powstańca warszawskiego, a dorósł również Zbyszek (mój chrzestny), który pojął za żonę pannę Marylę. Na domiar „złego” w roku 1958 przyszedłem na świat ja, a cztery lata później mój wujeczny brat Piotr. W sumie zrobił się niezły tłok, ale atmosfera była sympatyczna, bo i rodzice, i wujostwo, ludzie całkiem wtedy młodzi, nieźle potrafili imprezować, w dodatku z udziałem dalszej rodziny oraz sporego grona przyjaciół. Dobrze pamiętam te wszystkie imieniny, urodziny, święta, sylwestry i inne okazje, włącznie z brydżami, tłumnym oglądaniem telewizji (mieliśmy jeden z pierwszych telewizorów na ulicy!), seansami spirytystycznymi i hipnotycznymi, albo dyngusowym polewaniem się ze szlaucha ogrodowego w środku domu, czego rezultatem była konieczność kompleksowej wymiany farby klejowej, która odpadła ze ścian. Z drugiej strony mama przez całe dekady z uporem przekształcała ugór za domem w ogród, który w końcu osiągnął postać wręcz baśniową, kosztem transportowania taczkami dziesiątek ton ziemi i krowich placków aż z pól Młocińskich pod hutą, oraz tysięcy godzin rycia w ziemi, z reguły po godzinach pracy zawodowej, w świetle reflektora zamontowanego przez tatę. Ojciec z kolei wyżywał się w majsterkowaniu, co rusz coś w domu przerabiając, dobudowując i (z różnym skutkiem) upiększając.

Z upływem lat w domu robiło się coraz bardziej pusto. Do nowych mieszkań wyprowadzili się Zbyszkowie, potem babcia z prababcią, na miejsce których osiadła u nas Wanda Zielińska, rodzicielka mojego ojca. Dziś żyje tu tylko moja mama, no i ja ze swoją partnerką, bo młodzież dawno już wyfrunęła w świat... Taka jest kolej rzeczy.

 

Zdjęcie: Rosińscy przed nowo nabytym domem, 1937 r. Pośrodku Zygmunt z siedmioletnią Hanią oraz Feliksa (młodsza) ze Zbyszkiem na ręku.