Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia

Ten powszechnie znany tytuł opowiadania Marii Dąbrowskiej jak ulał pasuje do ograniczonego pola obserwacji z dwóch okien mojego domu przy ul. Płatniczej na Starych Bielanach. W jednym z nich całymi dniami, aż do przeprowadzki w 1968 r. sterczała moja prababcia, Feliksa Sułkowska, należąca do sieci ówczesnego sąsiedzkiego monitoringu.



Uwadze takich babć nic nie mogło umknąć, więc cieszyliśmy się darmową, całodzienną ochroną, która obejmowała między innymi dzieci bawiące się na ulicy. Tak, to były czasy, w których popołudnia po powrocie ze szkoły spędzało się właśnie na ulicy i to z wyraźną zachętą matek, bo po co smarkacz ma się pętać po domu i przeszkadzać. Dotyczyło to również tych dzieci, które z jakichś względów nie dostały się do przedszkola. Należałem właśnie do tej „elitarnej” grupy – do przedszkola pójść nie mogłem, bo oboje rodzice pracowali i z tego powodu musieli zatrudniać pomoc domową! Jak wszędzie, istniały uliczne dziecięce społeczności, w których przełamywaliśmy bariery społeczne, a tych socjalistyczne wychowanie nie było w stanie do końca wyplenić. Na dole drabiny społecznej znajdowali się zatem ulicznicy, których matki wyganiały z przeludnionego mieszkania z pajdą namoczonego chleba posypanego cukrem. Z takimi, zgodnie z nakazami mojej mamy, miałem się nie zadawać, ale – rzecz jasna – zadawałem się na całego, raz nawet skosztowawszy owego słodkiego przysmaku „plebejuszy”, w zamian za gryza kanapki z wędliną. Taka to była rozpiętość hierarchii społecznej, w której moja rodzina miała wysoki status jako posiadacze telewizora i telefonu, ale na samym szczycie tronowali państwo Cybulscy z przeciwka, dysponujący jedynym na  ulicy samochodem – pożal się Boże, garbatą warszawą. Dom nr 66 w ogóle miał pokrętne losy. Zbudowany w 1927 r. jako typowy element szeregowej zabudowy ówczesnej ul. Chełmżyńskiej, wyglądał z początku dokładnie tak samo jak mój, czyli od frontu był jedynie parterowy. Dopiero około 1937 r. nowi właściciele nadbudowali pełne piętro i przekształcili robotniczy domek w małą czynszówkę o czterech lokalach z pokojem i kuchnią. W mojej rodzinie zawsze byliśmy przekonani, że była to inwestycja Cybulskich, ale w spisie adresowym z 1939 r. wyraźnie figuruje kto inny – Marian Eberhardt. Kiedy nastąpiła zmiana właścicieli, trudno dziś dociec, ale za mojej pamięci całą górę zajmowali Cybulscy z córką Igą, a lokal po lewej na parterze zamieszkiwała tajemnicza baronowa Eszterhaze, która niemal nie wychodziła z domu. Pokój z kuchnią po prawej zapełniała (dosłownie!) pięcioosobowa rodzina Gutowskich – tata inwalida bez obu nóg, mama i trzech synów – wszyscy o wzroście i posturze hobbitów. W połowie lat sześćdziesiątych najstarszy syn, Zbyszek, był już dorosły i pracował bodaj jako operator maszyn budowlanych, natomiast Marek i Michał wraz z Zygmuntem Pokostem spod 64 zaliczali się do tych, z którymi miałem się nie zadawać. Jako mały szczyl pełniłem czasem funkcję gońca, donosząc prababci o wydarzeniach, których z jakichś względów nie widziała z posterunku przy oknie, a potem newsy szły w nasz uliczny świat na zasadzie głuchego telefonu, bo prawdziwy miał tu wtedy mało kto. Informacje o pożarze drewnianego kościółka przy ul. Daniłowskiego przyniosła babina, dostarczająca prababci intrygujące, oprawione w celuloid i obszyte barwnym kordonkiem karteczki z cyklu „zmiana tajemnic różańcowych”, które długo uważałem za jakąś pokątną grę, albo wymianę dubletów, jak w przypadku mojej kolekcji historyjek z Kaczorem Donaldem dołączanych do gum balonówek. No, z takim newsem trzeba było wyjść aż przed dom i ktokolwiek przechodził ulicą, odbierał komunikat: „A słyszała sąsiadka, że się kościół palił?” Na co ja natychmiast wydzierałem się dyszkantem, kończąc kwestię: „A ksiądz proboszcz sobie ręce poparzył!”. Do bardziej powszechnych wydarzeń należały poalkoholowe wyczyny okolicznych panów domu. Pili niemal wszyscy mężczyźni, dużo i często, toteż albo pan G. nie mógł trafić w furtkę i obalał się na chodnik, z którego zbierała go cała rodzinka, a to pan K. w pijanym widzie zdemolował ogródek, a to pan Z. przez dni kilka nie dawał rady powrócić na łono familii. Pan P., niezwykle elokwentny inżynier architekt i domorosły artysta malarz wprawdzie nie pił, ale był mocno stuknięty i przy okazji cyklicznych napadów szału udawał się karetką, elegancko odziany w kaftanik, na dłuższy wypoczynek. I to wszystko działo się w promieniu zaledwie jakichś 20 metrów od posterunku prababci! Czas urozmaicały również małoletnie łobuzy „z Towarnickiego” (komunalnych czynszówek przy Schroegera), przedostające się przez płot do ogrodów i kradnące owoce z drzew, a czasem zaglądające także do naszych lichych mieszkanek. Gdy słyszeliśmy hałas za domem, wybiegałem z mamą uzbrojoną w jakiś kij i wygrażając kapiszonowcem ryczałem, czy raczej piszczałem: „Hände hoch!”, a łobuzeria jakoś bez ociągania rzucała się do ucieczki. Ech, cóż za heroiczne czasy to były!

Po wyprowadzce prababci i babci zabrakło monitoringu, ale i otoczenie zaczęło się zmieniać – zasiedziali z dawien dawna ludzie przenosili się do bloków, a na ich miejsce napływali inni, o niebo zamożniejsi i – o zgrozo! – zupełnie obcy. Około 1979 r. na dom nr 66 przyszedł sądny dzień. Zakupiony przez państwa Czarneckich, został opróżniony z dawnych lokatorów i na naszych oczach wybebeszony do gołych murów, a następnie gruntownie rozbudowany. Na zapleczu w dobudowanym, oszklonym trakcie powstał wielki salon połączony z aneksem baru i podium muzycznym, pod ziemią pojawiła się pełna kondygnacja z siłownią, sauną, składem win i licho wie, czym jeszcze, a w nowym dachu zmieściło się dodatkowe piętro z sypialniami. Dodajmy basen w ogrodzie i podziemny garaż z luksusowymi autami, a uzyskamy oszałamiający naonczas obraz pałacu rodzimych Carringtonów, który zaplątał się między czworaki. Do kompletu pani Marta, swobodnie plażująca na tarasie w niekompletnym bikini na uzbrojonych w przyrządy optyczne oczach panów sąsiedztwa, ku zgorszeniu starszych pań z „monitoringu”! Z dystansu czasu mogę obiektywnie stwierdzić, że architektura willi była szkaradna, ale czterdzieści lat temu każdy kto mijał ten budynek, dostawał kolki z zazdrości. I ten standard życia! Siłownia, fitness, garden-party, szkoła w Szwajcarii dla syna... Z czasem jednak rodzina się rozpadła, basen zarósł zielskiem, a dom opustoszał, strasząc coraz większym zapuszczeniem. Los wszakże jeszcze raz zagrał w „66” i przed kilku laty przed moimi oknami wszystko zmieniło się jak w teatrze podczas zmian dekoracji w antrakcie sztuki. Zdezelowana willa została dosłownie wydłubana z ziemi, aż poniżej poziomu posadzki piwnicznej i po rozmaitych bojach z konserwatorem, wydziałem architektury i wyjątkowo zawziętą sąsiadką (już się wyprowadziła!), zastąpiona nową, również o czterech kondygnacjach i niemal identyczną rozmiarami z poprzedniczką. Szczęśliwie autorką projektu koncepcyjnego jest moja życiowa partnerka, co okazało się zbawienne w sytuacji dożywotniego skazania na oglądanie z okien „pałacowej” fasady, dom bowiem – mimo znacznych gabarytów – został zgrabnie dopasowany do zabytkowego otoczenia. Standard rezydencji skoczył w górę o kolejnych kilka oczek, a mój dom uległ dalszej degradacji w skali ocen nowej elity i przez wspomnianą „zawziętą sąsiadkę” został z przekąsem przezwany domkiem leśnika. Na szczęście nowi „Carringtonowie” to przesympatyczni i uczynni sąsiedzi – niezwykła rzadkość w gronie tutejszego, świeżej daty establishmentu, który ostatnio strasznie się na Płatniczej namnożył i zazwyczaj wchodzi w interakcję z otoczeniem tylko przy konieczności wyjazdu lub wjazdu do garażu. Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia i raczej nie widzę pola dla kolejnych zmian, bo jak można być jeszcze bardziej nieobecnym w życiu tej najpiękniejszej z bielańskich ulic?

ILUSTRACJA: rodzina Brodnickich w ogródku przy pl. Konfederacji, wiosna 1944 r. – w tle dom przy Chełmżyńskiej 66. Zdjęcie ze zbiorów rodzinnych Krzysztofa Brodnickiego

Jarosław Zieliński