Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Dawno temu na Słodowcu

Po dawnym Słodowcu nie ma śladu. Nie zachował się ani jeden stary dom, a prastara nazwa osiedla kojarzy się dziś właściwie tylko ze stacją metra. Słodowiec ma jednak fascynujące dzieje. Mało kto wie, że tutaj właśnie dość nieprzyjemne chwile spędził… Stanisław August Poniatowski, ostatni król Polski.

Przemysław Burkiewicz

A było tak. Roku Pańskiego 1771, w nocy z 3 na 4 sierpnia, konfederaci barscy zaatakowali przetaczającą się ulicą Miodową na Starym Mieście królewską karocę. Jeden z dworzan padł martwy na bruk, a miłościwy pan zaczął uciekać. Został jednak ranny w głowę i porwany. Porywacze – Stanisław Strawiński (prapradziadek przyszłego kompozytora), Walenty Łukawski i Jan Kuźma uprowadzili Stanisława Augusta przez Długą, Nalewki, Pokorną, Marymoncką (kiedyś Marymoncka zaczynała się na Muranowie) i Szosę Zakroczymską na Słodowiec. Konfederaci wpadli jednak w panikę i pogubili się w mrocznym, bagnistym, i mocno zalesionym terenie. Z królem Stasiem został jeden z nich – Jan Kuźma – który zdał sobie sprawę z wagi swojego występku i zaczął błagać monarchę o litość. Najjaśniejszy pan okazał mu serce i darował winę. Za pośrednictwem przesłanego do stolicy listu wezwał dowódcę gwardzistów, gen. Karola Fryderyka de Coccei, który to przewiózł Poniatowskiego z powrotem na Zamek Królewski. Kuźma został wysłany na banicję, Strawiński uciekł, a Łukawski został ścięty na Rynku Starego Miasta.

Słodowiec prawie miejski

W tym czasie Słodowiec był położoną nad rzeczką Rudawką wsią, nad którą dominowały młyny. Z czasem powstała tu także cegielnia. Jednak dopiero na przełomie XIX i XX wieku zaczęła kształtować się tu sieć uliczna. Plan miasta z 1918 roku ukazuje bardzo wyraźny układ ulic z własnymi nazwami. Mamy więc Szosę Zakroczymską (dzisiejszy ciąg Słowackiego – Marymoncka), Włościańską, Małą (późniejszą Iłowską), Ziemkiewicza (Ciechanowską), Obozową (Tuszyńską), Fortową (zlikwidowaną niedawno Libawską), Niecałą (Gombińską – od 1935 roku Gąbińską), Piaseczną (Żelazowską), Górną (Rochulewską) i Południową (Giżycką). Z mapy wynika, że niemal każda ulica należała do innej osady: Słodowca, Wsi Młociny oraz Wsi Buraków – a wszystkie one podlegały pod administrację gminy Młociny. Z czasem część ulic otrzymała nawierzchnię brukowaną, a nawet oświetlenie. Do dziś nie zachowało się ze starego porządku właściwie nic.

Smutny koniec starego świata

A jeszcze pół wieku temu był tu inny świat. Wąskie uliczki zabudowane były luźno. Piętrowe domki, drewniaki, kurniki, gołębniki, ogrody i sady zostały skazane na zagładę wraz z rozbudową Warszawy. Znaczną część dawnego Słodowca – wraz z Rudawką – pochłonęła budowa alei Armii Krajowej. Okolica słynęła także z usług lokalnych rzemieślników. Jerzy Kasprzycki tak wspominał ich w książce „Pożegnania warszawskie”: „Znacznie trwalszy (od słodowieckich młynów – przyp. red.) okazał się warsztat ślusarski braci Ostaszewskich. Branża ślusarska – zwłaszcza ślusarstwo samochodowe – upodobała sobie ten zakątek przy ważnej trasie wylotowej. Na szczególne względy mogli liczyć właściciele leciwych dekawek, które ściągali tu z całej Warszawy – często na holu! – by wydobyć resztki tchu z wyrobionych silników i resztki równowagi z wypracowanych zawieszeń. Na Słodowcu nie dziwiono się niczemu, rzemieślnicy traktowali każdy gruchot jak chorą żywą istotę, ze wszystkimi jej kaprysami i słabościami”. Z czasem ekipy rozbiórkowe dotarły nawet tutaj, rozbierając, cegła po cegle, deska po desce, każdy napotkany dom, każdy gołębnik i warsztat samochodowy. Ponoć podczas niejednego wyburzania robotnicy znajdowali w piwnicach czy na strychach kamienie młyńskie, pamiątki po czasach, gdy młynów i wiatraków było w okolicy co nie miara. Rdzenni, mieszkający tu od wieków mieszkańcy, tacy jak Balcerzakowie, Furmańczykowie, Urbańscy, Boguccy, zostali przeniesieni do nowych bloków. Jerzy Kasprzycki zanotował w 1977 roku: „Zatarły się natomiast, w miarę rozwoju okolicznych osiedli, nazwy niektórych ulic. Nie ma już Giżyckiej, Rochulewskiej, Żelazowskiej. Pozostała Ogólna – może dlatego, że jej brzmienie jest takie obojętne…”. Kilkadziesiąt lat po napisaniu tych słów ulica Żelazowska wróciła. Nie ma przy niej żadnego adresu, ale z punktu widzenia kierowców jest bardzo istotna: dziś jest to łącznik ulicy Włościańskiej z aleją Armii Krajowej.