Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 

1918 r. – Bielany u progu niepodległości Polski (8)

Listopadowa impresja

11 listopada 1918 – noc

Warszawa nie śpi, albo śpi niespokojnie. Strwożeni ludzie chyłkiem wyglądają zza firanek na słabo oświetlone, na wpół zamglone ulice. Co jakiś czas od ścian domów odbija się echo pospiesznych kroków, łoskot podkutych żołnierskich buciorów, krótkie szczekliwe komendy, raz niemieckie, a raz polskie. Skądś dobiega kanonada karabinowa. Czyjś nagle urwany krzyk. Najgorzej jest na przedmieściach, gdzie społeczne męty, typy spod ciemnej gwiazdy poczuły krew. Jedni kupują od Niemców broń za kradzione pieniądze i precjoza, inni po prostu mordują żołnierzy w zaułkach. Zdobyczne mauzery i parabelki przydadzą się podczas napadów rabunkowych na mieszkania i sklepy.

Stróże jak co dzień otwierają o szóstej rano skrzypiące wrota bram kamienic, ale zamiast brać się za porządki czujnie spoglądają na boki, gotowi na powrót zatrzasnąć ciężkie wierzeje. Latarnie gasną, gdy jeszcze jest ciemno – węgiel potrzebny do produkcji gazu i elektryczności jest na wagę złota! Dzwonki, dudnienie i przykre poskrzypywanie towarzyszy wyjazdowi tramwajów z zajezdni. O lepsze z tymi odgłosami walczy staccato wybijane na bruku kląskaniem końskich kopyt i łomotem toczących się kół ciężkich, załadowanych pakami furgonów. Nieco bardziej stłumiony hałas wywołują lżejsze dorożki – podkowy koni są obite paskami gumy. Wśród pasażerów przeważają raczej zamożnie ubrani panowie zmordowani po wieczornych, niedzielnych uciechach – oni dopiero wracają do domów. Od czasu do czasu turkot i ośle porykiwanie klaksonu pobudzanego do życia kauczukową gruszką zwiastują przejazd samochodu ciężarowego, załadowanego żołnierzami w niemieckich albo polskich mundurach. W tym całym rozgardiaszu słabo słychać dzwony kościelne bijące na Anioł Pański. Większość najpiękniej brzmiących, odlanych ze spiżu, skonfiskowali Niemcy, aby przetopić je na znacznie użyteczniejsze pociski, pozostały więc głównie te małe, żelazne, pobrzękujące w sygnaturkach.

Na długo przed świtem z tysięcznych czeluści koszarowych kamienic wypełzają milczące korowody współczesnych niewolników zdążających do fabryk. Wyświechtane i połatane kapoty, czapki głęboko nasunięte na oczy, u kobiet długie, kraciaste chusty osłaniające głowę i plecy, zawiniątka z pajdą chleba, ciężki krok, nieskładny rytm wybijany przez liche trzewiki, zmęczone spojrzenia, ale mniej otępiałe niż zwykle. Dziś coś się wydarzy!

W „Cyrku” na Dzikiej i innych warszawskich przytułkach wydano już poranną herbatę i teraz wykidajło z przyzwyczajenia obrzuca wyzwiskami tłum obdartusów, zachęcając ich w ten sposób do szybszego opuszczenia schroniska. Ale tego poranka dziady i bezrobotne młodziki sami z siebie zaczynają się spieszyć – ciągną ku centralnym ulicom, placom i bazarom w przeczuciu Czegoś.

Panna Helenka udaje, że jeszcze smacznie śpi odizolowana od świata bastionem dziesięciopokojowego apartamentu w Alejach Ujazdowskich. Lekcje na pensji zaczynają się o dziewiątej, ale papa stwierdził po wieczerzy, że na ulicach zbyt niebezpiecznie, więc dziś musi wystarczyć towarzystwo mademoiselle Henrietty i przepytywanie z pocztu władców Polski. Brat Ksawery znikł gdzieś już późnym wieczorem, wkładając akademicką rogatywkę i uszczuplając zapasy w spiżarni. Maman odchodzi od zmysłów.

Rachel nie śpi i nie ma gdzie spać, siedzi pod schodami. Nie ma pracy, narzeczony okazał się oszustem, uwiódł, wpędził w ciążę i ukradł posag, więc ojciec słusznie wyrzucił ją z domu. Taki wstyd w bogobojnej rodzinie! Antek jeszcze ma miejsce do spania – barłóg w suterenie dzielony z pięciorgiem rodzeństwa, ale nie ma jak wyjść na dwór. Dziś nie jego dzień na założenie jedynej w izbie pary buciorów. Ojciec musi pójść na wiec. Sędziwa Marianna klęczy w kącie izby przed świętym obrazem i bezzębnymi ustami prosi Boga, aby Marcelek przestał zanosić się krwawym kaszlem, Bolek znalazł pracę, a Zosia męża, który nie będzie zanadto pił i bił. Pani Emilia na klęczniku w wykwintnie urządzonej sypialni z otwartą książeczką do nabożeństwa w ręku zanosi modły do Przenajświętszej Panienki o Polskę Niepodległą, narodową i katolicką. Henryk nie modli się, bo przecież Bóg nie istnieje, czyści pistolet i święcie wierzy, że tylko nim może wywalczyć raj, ten całkiem ziemski.

Ranek  

W poniedziałek słońce wschodzi o 7.15, ale raczej teoretycznie – jest mglisto i wilgotno, w miarę ciepło, bo nawet trzy godziny wcześniej termometry wskazywały 7 stopni. W przytłumionym świetle wyłaniają się kontury niekończących się szeregów kamienic o fasadach we wszystkich odcieniach szarości, często strupieszałych, pokrytych liszajami odłażącej farby i potwornie wielką ilością tandetnych szyldów malowanych przez domorosłych pacykarzy na tekturze lub blasze. Tu i ówdzie noszą one ślady zamalowania rosyjskiej części napisu, na innych zastąpionej tekstem po niemiecku. Nierówna wysokość domów pozwala eksponować wysokie, obrzydliwie nagie ściany szczytowe najbardziej okazałych czynszówek, na których także roi się od nowych i całkiem już nieczytelnych murali reklamowych. W czeluściach podwórzy-studni klekocą rozwierane na zewnątrz okna, uchylane tylko na chwilę, aby nie tracić ciepła, a pozbyć się niepożądanych zapachów kuchennych. Na klatkach schodowych trzaskają drzwi, raczej jednak na tych kuchennych, albo po prostu w tych  biednych domach, gdzie ludzie spieszą do roboty, na wiec, ale najczęściej to panny służące dźwigają opał i zdobyte gdzieś wiktuały. W dzielnicach robotniczych tą samą drogą taszczy się na piętra wiadra z wodą i w ogóle wszystko co się da. Na klatkach frontowych tupot eleganckich trzewików tłumią czerwone dywany położone na białych, marmurowych schodach.

Na ulicy wymieszane z mgłą snują się nisko czarne i siwe dymy z kominów – gospodynie rozpalają kuchnie; w piecach prawie nikt nie pali – za drogo i na dworze za ciepło. Nawet drewno w wielu domach to luksus i ludzie wrzucają do palenisk wszystko, co da się spopielić, aby uwarzyć lichą strawę. Pod sklepami wydającymi przydziały kartkowe stoją od świtu długie kolejki – może coś dziś przywiozą, choć trochę czarnego chleba, brukiew albo – ach! – ziemniaki… Kupcy ociągają się z otwieraniem sklepów, szczególnie tych bardziej zasobnych. O tej porze w powszednie dni zazwyczaj było słychać w Warszawie łoskot otwieranych okiennic i grzechot rozsuwanych krat, turkot ręcznych wózków, pobrzękiwanie blaszanych baniek i konwi, trzask skrzynek – poranną uwerturę, do której przyłączały się popisy wokalne – przekomarzania, śmiechy, połajania i złorzeczenia. Dziś jest inaczej, znacznie ciszej, a wiele lokali handlowych pozostaje zamkniętych na głucho. W powietrzu wisi oczekiwanie niewiadomego i strach przed rozruchami i grabieżą. Najbardziej przerażeni są kupcy żydowscy, słysząc przez okna mieszkań nawoływania wyrostków do rozbijania sklepów i ustanowienia sprawiedliwości dziejowej.

Gazeciarzy jeszcze nie słychać – w redakcjach i drukarniach nie nadążają z przetwarzaniem i składaniem dobiegających zewsząd informacji o lawinowo toczących się wydarzeniach. Zniecierpliwieni ludzie wylegają na ulice, które już koło ósmej zapełnia tłum gromadzący się pod gmachami publicznymi i przy skrzyżowaniach w oczekiwaniu nieuchronnych wydarzeń, albo przynajmniej wieści o nich. O wpół do dziewiątej u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich z niewiadomych przyczyn Niemcy strzelają do ludzi z gmachu Dyrekcji Kolei. Salwy, które padają spośród drzew przy ogródku mleczarni „Nadświdrzańskiej” dosięgają dowborczyka Kazimierza Gryszkiewicza. Ma szczęście, przeżyje, ale szewc Czesław Baniak, trafiony w głowę, nie ma żadnych szans.

Mimo czyhającego na każdym rogu niebezpieczeństwa tłum na ulicach gęstnieje. Wydaje się milczący, ale wieści i plotki podawane półgłosem rozprzestrzeniają się lotem błyskawicy. Na ustach wszystkich – Piłsudski! Wczoraj Komendant wyszedł z Dworca Wiedeńskiego w asyście zaledwie kilku osób, wracając z magdeburskiej niewoli, ale już kilka godzin później świat zdaje się kręcić wokół niego. Gdy dziękował ludziom za gorące przyjęcie z balkonu domu przy ul. Moniuszki, schrypnięty głos odmówił mu posłuszeństwa. Odpowiedziano owacją, która jednak rychło przerodziła się powszechną bijatykę między orędownikami różnych opcji politycznych. Ludzie obrzucali się obelgami, nazywając adwersarzy żydo-bolszewikami albo białą sotnią. Rozemocjonowani plotkarze opowiadają o wystąpieniach młodzieży żydowskiej, która w dzielnicy nalewkowskiej urządza wiece i pochody z czerwonymi sztandarami, wznosząc okrzyki przeciw Polsce, polskiemu wojsku i Piłsudskiemu, a sławiące rewolucję rosyjską i niemiecką. Nie brakuje wśród nich zawodowych komunistycznych agitatorów, ale mało kto z warszawian rozumie, jaka to iskra wywołała ów „czerwony” wybuch. To w dużej mierze reakcja na odmowę przyjmowania do Wojska Polskiego masowo garnących się doń żydowskich chłopaków. Odpowiednie rozporządzenie w tej sprawie ma powstrzymać niezadowolenie narodowców i kół kościelnych. Zanim do tego doszło socjaldemokratyczny „Bund” rozpoczął organizację młodzieżowych oddziałów żydowskiej samoobrony, ogłosił strajk powszechny i wydał odezwę do „młodzieży polskiej pochodzenia żydowskiego”, nawołując do wstąpienia w szeregi armii polskiej. Nic dziwnego, że tłum „bundowców” zgromadzony na pl. Krasińskich z nacechowanym niechęcią milczeniem przygląda się maszerującej kolumnie legionistów. Po fiasku akcji oliwy do ognia dolewają jeszcze zwykłe napady urządzane przez pospolitych żydowskich bandytów na sklepy i ludzi. Na Nowolipkach żydowscy ulicznicy żądają od legionisty zdjęcia czapki, a po odmowie odbierają mu karabin i kłują – na szczęście niezbyt groźnie – nożem. Na Nalewkach jakaś banda bije chrześcijan jadących tramwajem! Mówi się o tym, iż „chałaciarze” rzucili się z nożami i rewolwerami na legionistów! Na Brackiej siedemnastoletni Boruch krzyczy „Niech żyje Lenin!” i natychmiast dostaje solidne lanie od przypadkowych przechodniów. Elegancko ubrani chłopcy z endeckiej młodzieżówki uzbrojeni w kije maszerują na Nalewki. Do ogólnej histerii przyłącza się nawet „Kurier Warszawski”, który w wieczornym wydaniu potępi w czambuł żydowski nacjonalizm i syjonizm. Ostrze klina nienawiści na trwałe wbija się między narody… 

Około dziesiątej na skrzyżowaniu Leszna i Żelaznej gromadzi się pod czerwonymi sztandarami wielotysięczny tłum zwołany przez działaczy rewolucyjnych partii robotniczych – PPS-Lewicę i SDKPiL. To robociarze z wolskich fabryk, o gniewnych twarzach i zaciśniętych pięściach. Tym razem do akcji wkracza wojsko niemieckie, które pod groźbą karabinów maszynowych zmusza wiecujących do podzielenia się na trzy pochody. Największy idzie Lesznem w kierunku placu Bankowego, śpiewając „Międzynarodówkę” i domagając się okrzykami tworzenia rad robotniczych i dyktatury proletariatu. Wkrótce zostanie rozproszony przez niemiecką żandarmerię.

O jedenastej członkowie Stronnictwa Niezawisłości Narodowej w gmachu Stowarzyszenia Pracowników Handlowych przy ul. Siennej owacją przyjmują wiadomość o powrocie Piłsudskiego i powstaniu ludowego rządu w Lublinie. Podobne, masowo frekwentowane laudacje można dziś w Warszawie liczyć dziesiątkami.

Dzień

Akademicki komitet wykonawczy pod hasłem „Stolica w niebezpieczeństwie” wzywa do wstępowania w szeregi Legionu Akademickiego, który oddaje się pod komendę Józefa Piłsudskiego. Ksawery stoi gdzieś w połowie liczącego setki studentów ogonka, oczekując na zapis. Na początek będzie pełnić wartę przed Pałacem Namiestnikowskim.

Na ulicach pędzą w różne strony pododdziały Polskiej Organizacji Wojskowej, dowborczyków i narodowego „Sokoła”, uzbrojone przez wojsko grupy studentów, bojówki PPS i żydowskiego Bundu, patrole polskiej Milicji Miejskiej, grupy niemieckich żołnierzy, policjantów i żandarmów. Polacy przejmują niemieckie urzędy i instytucje, koszary, więzienia, dworce kolejowe i składy, rozbrajają posterunki przy obiektach wojskowych, siedzibach władz okupacyjnych i fabrykach, zaciągają warty, konfiskują broń, dokumenty i wszelkiego rodzaju ruchomości. Przedstawiciele naprędce organizowanej polskiej administracji przejmują w pośpiechu sądy, pocztę, Krajową Kasę Pożyczkową oraz zarządy kolei i tramwajów. Wojsko wkracza do Belwederu, Pałacu Namiestnikowskiego i Cytadeli. W pałacu Brühla na pl. Saskim, skąd ewakuowano niemiecki zarząd cywilny, rozpoczyna działalność polskie Ministerium Spraw Zagranicznych. Sąsiedni Pałac Saski – dotychczas mieszczący biuro szefa administracji wojskowej – obejmuje Ministerium Wojny i Sztab Jeneralny. Co chwila na kolejnych zajętych gmachach wykwitają biało-amarantowe flagi. Dokładne barwy narodowego sztandaru nie są jeszcze ustalone, a i orły nie wyglądają na zupełnie jednolite.. 

Ludzie oddychają z ulgą na wieść, iż marka polska pozostaje prawnie gwarantowanym środkiem płatniczym. Na wolność wychodzą wszyscy więźniowie polityczni, ale ich miejsce zajmują osoby aresztowane pod zarzutem komunistycznej agitacji i zbrojnych prowokacji. Władze niemieckie przeważnie nie czynią oporu w przejmowaniu urzędów, szczególnie w sytuacjach, w których Polacy traktują okupantów z godnością i kurtuazją. Tylko czekają, aby móc wrócić „nach Heimat”. Piłsudski zapewnił, że „naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie”. Do wieczora z ulic i gmachów znikają niemieckie napisy. Szyldy są przemalowywane, a solidniejsze tablice zrywane. Rozpoczęte onegdaj rozbrajanie żołnierzy niemieckich idzie zazwyczaj bezproblemowo. Na Wareckiej niemiecki oficer dogoniony przez bodaj dziesięcioletniego wyrostka, bez wahania oddaje mu pas z szablą. Uwolnieni od oręża Niemcy przeistaczają się w normalnych ludzi marzących jedynie o rozrywkach i powrocie do domu. Wielu nosi w klapie munduru czerwone kokardki lub goździki. Całe ich grupy agitują kolegów o wsparcie rewolucji w ojczyźnie.

Tu i ówdzie jednak oddziały okupantów stawiają opór, często sprowokowany agresywną postawą tłumu. Bronią się w koszarach przy Arsenale, w Pałacu Prymasowskim i w Dyrekcji Kolejowej. Najgorzej mają się sprawy pod Cytadelą, w której obok Niemców od godziny dwunastej kwaterują też pierwsze oddziały polskie. Około drugiej w okolicach Pokornej i Dworca Kowelskiego w obliczu naporu rozgorączkowanego tłumu chcącego dobrać się do magazynów broni i żywności w Cytadeli, żołnierze nie tylko otwierają ogień z karabinów maszynowych, ale też ciskają w szturmującą ciżbę granaty. Dziesiątki ludzi pada z jękiem na bruk przy akompaniamencie wydawanych komend, grzmotu salw, wybuchów i rozdzierających wrzasków. Ginie szesnaście osób, a trzydzieści odnosi rany. Trafiony odłamkiem w brzuch umiera 13-letni, anonimowy chłopiec żydowski. Jego rówieśniczka obficie krwawi z szarpanych ran na nogach. Ciężko rannego milicyjnego sanitariusza Kalinowskiego odwożą do szpitala Świętego Ducha z obrażeniami pleców i nóg. Tamże wiozą dziewiętnastoletnią Lodzię Szepską z odłamkami w piersiach. Większość gazet wstydliwie potem przemilczy, że w masakrze mogli brać udział także żołnierze polscy. W różnych zakątkach miasta pojedynczy Niemcy często strzelają lub kłują bagnetami w obronie przed zbyt agresywnie nastawionymi amatorami karabinu czy pistoletu. Czterdziestolatek Jan Cieślewski, woźnica, dostaje przy takiej okazji na Powązkach bagnetem w plecy. Inni to przypadkowe ofiary. Podczas bezładnej strzelaniny przy którejś ze stacji kolejki grójeckiej ranny zostaje konduktor Kazimierz Woźniak, lat 21 oraz kowal Jan Sikora, lat 26. Na Powiślu, przy rogu Leszczyńskiej i Nadbrzeżnej, ktoś znajduje trupa z przestrzelonym oczodołem i kartką na piersiach: „szpicel austriacko-niemiecki”.

Tłum rabuje składy węgla i magazyny na Dworcu Towarowym kolei Wiedeńskiej. Gotowych do bitki intruzów, lokalnych zawodowych złodziei i zwykłą biedotę, rozprasza milicja i wojsko. Na Dworcu Brzeskim i kolejowych składach Nobla na Pelcowiźnie trwa rabunek wagonów z niemieckim mieniem. Zawiadomiona o tym polska komendantura niezwłocznie wysyła zbrojny oddział. Strażacy z oddziału nalewkowskiego muszą z karabinami w rękach rozpędzić motłoch, który chce zawładnąć magazynem broni w opuszczonych, położonych po drugiej stronie ulicy koszarach. Pięćset karabinów, dwa cekaemy i amunicję przekazują następnie armii. W fabryce „Gerlach i Pulst” na Woli wojsko konfiskuje kilka tysięcy produkowanych i naprawianych tam karabinów maszynowych. W warsztatach Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej sekwestrowi niemieckiego parku samochodowego przez polskie wojsko usiłuje się przeciwstawić – bez powodzenia – lokalna rada robotnicza. W różnych punktach miasta, nawet w Ogrodzie Saskim, panowie z rewolwerami w rękach z dużym zaangażowaniem ostrzeliwują się nawzajem, a wszędobylscy dziennikarze nie bardzo pojmują, kto występuje przeciw komu i z jakiego powodu.

Niemiecki gubernator Hans von Beseler siedzi zapomniany i pogrążony w ponurych myślach w swym gabinecie na Zamku, zupełnie sam. Historyczny gmach żołnierze niemieccy zabarykadowali i opletli drutem kolczastym, ustawiając cekaemy. Trwają nerwowe negocjacje o poddanie utworzonej na prędce „twierdzy”, które ciągną się do czwartej po południu. Beseler wkrótce niezauważony opuści Warszawę wiślanym stateczkiem, a Zamek zajmą polskie urzędy państwowe.

Piłsudski przyjmuje w tymczasowej siedzibie kolejne delegacje z Warszawy i kraju, deklarujące mu wierność i proszące o objęcie przywództwa nad narodem. Tak czyni też Ignacy Daszyński, pierwszy minister lewicowego Rządu Lubelskiego, dla którego Komendant ma do zaoferowania tylko postulat natychmiastowej dymisji. W imię zgody narodowej, rzecz jasna.

Na Czerniakowskiej Aniela prostuje plecy pochylone od rana nad wypełnioną praniem balią i wyciera wierzchem zaczerwienionej dłoni spocone czoło. Na kuchni bulgoce kocioł z bielizną. Jedyne okno w izbie zaparowało i nie przepuszcza wiele światła, a mdły zapach mydlin snuje się przez otwarte drzwi po korytarzach całej kamienicy, łącząc z pokrewnym na drewnianych schodach, świeżo wyszorowanych przez Józefową, żonę stróża. Symfonii woni dopełnia odór gotowanych na obiad liści kapusty. W przeludnionej czynszówce na Miłej nad wszystkimi wrażeniami powonienia dominuje swąd śledzi smażonych z cebulą oraz – pod schodami – nieznośny odór moczu. Kuchnia dla Inteligencji, prowadzona przez Koło Pracy Kobiet jak co dzień wydaje dwadzieścia darmowych obiadów przygotowanych z niemałą ofiarnością dla członków straży bezpieczeństwa publicznego. Panią Natalię z ul. Mazowieckiej 10 stać na zafundowanie tylko dwóch porcji obiadowych strażnikom z najbliższego posterunku. Na pierwszym piętrze domu w Alejach Ujazdowskich Marysia właśnie podaje do stołu wazę z bulionem. Kobiety zgromadzone przy długim stole jedzą w milczeniu, rozmyślając z niepokojem o ojcu i braciach, którzy skoro świt udali się „robić politykę”. Co gorsza, koło południa wymknęła się cichcem także Helenka. Sama jedna!

Doktor Hilary Czerniawski słania się na nogach ze zmęczenia; nie śpi już drugą dobę. Szpital przyjmuje coraz więcej ludzi straszliwie poranionych w ulicznych utarczkach, ofiary napadów, ale też coraz więcej chorych zakaźnie. Do karmionej biedą i głodem plagi gruźlicy i malarii dołącza wyjątkowo groźny szczep grypy nazwanej w wojennych okopach – nie wiedzieć czemu – hiszpanką. Siostrom miłosierdzia przychodzą w sukurs rzesze wolontariuszek, ale przy braku dostatecznej ilości lekarstw i opatrunków najwięcej roboty mają księża, pastorzy i rabini. Helenka dodaje sobie dwa lata, aby móc założyć czepek z czerwonym krzyżem i biały fartuch, teraz – po zaledwie kilku godzinach – też już na poły czerwony, jak barwy narodowe.

Wieczór

Słońce zachodzi już trzynaście minut po czwartej, słabym blaskiem rozświetlają się latarnie. Tylko trochę więcej światła widać w oknach domów – większość mieszkańców przebywa wszak na ulicy – a witryny sklepowe pozostają ciemne. Około szóstej Nowym Światem ciągnie kilkusetosobowa, zorganizowana, ale już bezbronna kolumna żołnierzy niemieckich. Wracają do domu pod eskortą bagnetów oddziału polskiego.

Od piątej do dziesiątej w Pałacu Arcybiskupim przy Miodowej trwa posiedzenie formalnie rządzącej, ale powszechnie lekceważonej Rady Regencyjnej. Około ósmej trójka regentów – książę Zdzisław Lubomirski, arcybiskup Aleksander Kakowski i Józef Ostrowski – składają przybyłemu właśnie Józefowi Piłsudskiemu oświadczenie o abdykacji i przekazują mu pełnię władzy w Królestwie Polskim. Radosna wieść w ciągu dosłownie minut obiega miasto, które dziś nie kładzie się spać!

Dochodzi dziewiąta. Jak zeznają potem świadkowie, jakiś mężczyzna przebiegający koło hotelu Polonia oddał kilka strzałów z rewolweru i tym samym sprowokował palbę ze strony kilku polskich milicjantów, którzy na ślepo zaczęli strzelać w okna hotelowe. W gromadzącym się pod przeciwległym Dworcem Wiedeńskim tłumie następuje nieopisany chaos. Nikt nie wie, kto i do kogo strzela. Rany odnosi hotelowy „szwajcar”, zaledwie siedemnastolatek, oraz pewna kobieta. Dopiero po godzinie w środek ciżby wkracza oddział wojsk polskich, zajeżdżając na plac dworcowy w kilka samochodów.

W knajpach zasiedzieli się literaci i artyści, którzy toczą zawzięte spory polityczne między sobą i z każdym kto się nawinie. W kinematografach i teatrach w repertuarze przeważają jak zwykle komedie, operetki i inne „wesołe krotochwile”, wyraźnie nie nadążające za rozwojem wydarzeń, ale frekwencja dopisuje. Pierwszy reflektuje się Teatr Wielki i w ostatniej chwili zamienia zapowiedzianą premierę „Żydówki” na „Halkę”. Pod koniec spektaklu oficer legionowy ostrzega publiczność ze sceny przed przygotowywanym szturmem na Ratusz. Na pl. Teatralnym od wpół do dwunastej zaczyna się sprowokowana przez legionistów, ponoć samowolnie, regularna bitwa z 50-osobowym niemieckim oddziałem policji i kilkoma tajnymi agentami policji politycznej pod dowództwem komendanta Glasenappa. Serie z karabinów maszynowych i wybuchy granatów słychać do drugiej nad ranem i dopiero przybycie polskich posiłków poprawia sytuację, ale pertraktacje przeciągną się do rana. W Ratuszu zdobywcy znajdą prawdziwą fortunę – około 40 mln marek! Walki trwają też pod kościołem garnizonowym na Długiej, a o pierwszej na Senatorskiej 6 jakiś skrytobójca rani dwóch legionistów salwą z dubeltówki, oddaną z okna mieszkania.

Tramwaje zjeżdżają do zajezdni, ale na ulicach nadal pełno pieszych. Leosia na Chmielnej przechadza się między latarnią a bramą kamienicy. Mimo nocnego chłodu zsunęła chustę z głowy na ramiona, prezentując bujne włosy, usta uszminkowane najtańszą pomadką i policzki, których bladość pokrył sok z buraka. Szanse na złapanie klienta i zaciągnięcie go pod schody ocenia nisko i liczyć może tylko na szwendających się bez celu niemieckich dezerterów. Bez paru marek w garści nie będzie miała jutro nawet na herbatę… Rachel na mrocznej klatce schodowej w kamienicy przy Świętojerskiej wchodzi na parapet okna i długo patrzy w głąb ciemnego podwórza. Już nie myśli o jutrze.

Piłsudski siedzi całą noc przy biurku, układając odezwę w sprawie utworzenia Rządu Narodowego, która nazajutrz musi być zamieszczona na plakatach i w porannym wydaniu gazet. Do budowania Niepodległej chce zaprosić wszystkich, z prawa i z lewa, bez względu na narodowość i wyznanie. Nie wie jeszcze, że łatwiej ziścić niepodległą Polskę niż zgodę narodową.

12 listopada 1918 – świt

Słońce wschodzi o 7.17, temperatura bez zmian, nadal mglisto. W gazetach wielkimi literami biją w oczy odezwy i apele Naczelnika Państwa, komendanta miasta, ustępującej Rady Regencyjnej, władz wojskowych i rozmaitych komitetów skierowane do wszystkich obywateli, niektóre wprost do Żydów. Miejsca na szpaltach jest dość – po komunikacie o zawieszeniu broni na frontach wielkiej wojny nie napływają już żadne doniesienia o kolejnych krwawych, bezsensownych jatkach. Poranne pociągi wiozą w teren świeżo mianowanych naczelników, urzędników i funkcjonariuszy. Machina państwowa ruszyła.

Ojczyzna z łopotem narodowych flag wstępuje w Niepodległość. Piłsudski wstępuje na karty Wielkiej Historii. Daszyńskiemu niebawem nie będzie dane wstąpić na piedestał należny szefowi pierwszego rządu Rzeczpospolitej Polskiej. Helenka chce wstąpić na uniwersytecki Wydział Medyczny. Ksawery wstępuje do armii i wkrótce polegnie na polu chwały. Leosia wstępuje do herbaciarni i drżącymi z chłodu dłońmi ściska szklankę gorącego napoju. Pani Emilia wstępuje do kościoła, aby złożyć datek na dziękczynną mszę narodową. Aniela wstępuje do mydlarni, musi kupić strużyny do prania. Antek wreszcie może założyć buty i wraz z nowo poznanym, posiniaczonym na twarzy Boruchem wstępuje do partii komunistycznej. Rachel spada w otchłań podwórza i wstępuje w nicość. Albo do nieba. Odrodzona Polska stoi u progu narodowego piekiełka. A może już go przestąpiła.

Jarosław Zieliński

Maj 2020
P W Ś C Pt S N
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany