Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Kasdepke: Chomiczówka fascynuje jak Brooklyn!

Przygoda czeka za rogiem. Nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, by przeżyć albo zobaczyć coś ekscytującego. Czasem wystarczy przejść się swoją ulicą i wczuć się w rolę turysty. Może się okazać, że naszą uwagę przykuje coś, czego przez lata nie widzieliśmy – i jest to coś bardzo ciekawego – mówi w rozmowie z „Naszymi Bielanami” Grzegorz Kasdepke, pisarz literatury dziecięcej, były redaktor naczelny magazynu „Świerszczyk” i wieloletni mieszkaniec Chomiczówki.

Bodzio i Pulpet, bohaterowie pańskich książek dla dzieci, mieszkają na Chomiczówce. To nie przypadek, prawda?

Grzegorz Kasdepke: Trudno o przypadek w książce. Chomiczówka pojawiła się w mojej twórczości kilkakrotnie, nie tylko w opowiadaniach o Bodziu i Pulpecie. 

Jest też tłem w książce „Potworak i inne ko(s)miczne opowieści” oraz bardzo ważną scenerią mojego thrillera pod tytułem „Poradnik hodowcy aniołów”. Dlaczego? Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że pisarz czerpie z własnego życia - ale prawda nie zawsze musi być odkrywcza.

Mieszkałem na Chomiczówce, więc pisałem o Chomiczówce. Zresztą zawsze staram się przekonać moich czytelników, że przygoda czeka za rogiem - i że nie trzeba namawiać rodziców na drogą egzotyczną podróż, aby przeżyć coś ekscytującego. Świat widziany z okna naszej sypialni wyda się niezwykły komuś, kto mieszka na drugiej półkuli. Że o innej planecie nie wspomnę! Lubiłem i wciąż lubię wracać do prostego ćwiczenia - idąc doskonale znanymi ulicami próbuję spoglądać na nie jak turysta, który jest tu po raz pierwszy. Co ujrzy, co zwróci jego uwagę, co wyda się dziwne, ładne, zabawne, irytujące… i tak dalej. Chomiczówka może być równie fascynująca jak Brooklyn - tyle, że trzeba umieć na nią patrzeć.

 

A panu jak się mieszkało na Chomiczówce?

Od lat już na niej nie mieszkam. Przeprowadziłem się za Wisłę - więc jeżeli wracam na ulicę Conrada, Marii Dąbrowskiej czy Bajana, to głównie we wspomnieniach. A te wiążą się z dzieciństwem mego syna, który tu właśnie chodził przez dwa lata do przedszkola, a potem i do szkoły podstawowej. Zdeptaliśmy wtedy Chomiczówkę wzdłuż i wszerz. Uwielbiałem gapić się na samoloty startujące i lądujące na pobliskim lotnisku.

Lubiłem spacery na Stare Bielany. Lubiłem też piosenkę „Chomiczówka”

Sydneya Polaka - zwłaszcza, że pojawiający się w którejś ze zwrotek chłopczyk w krótkich spodniach szybko zaczął kojarzyć mi się z moim synkiem. Tak, topografia Chomiczówki to jednocześnie topografia ważnej części moich wspomnień.

 

Bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że jest pan legendą literatury dziecięcej. Pański dorobek literacki jest imponujący.

Czyli jestem jak Smok Wawelski i Bazyliszek… A dla wydawców jak Złota Kaczka. Piszę dla dzieci od ćwierćwiecza; przez lata całe byłem redaktorem naczelnym magazynu „Świerszczyk” - a że książki dla najmłodszych są zazwyczaj mniejsze objętościowo niż te dla dorosłych, nazbierało się ich zawstydzająco dużo. Miło mi, gdy słyszę, że rodzice czekają na nie z równą niecierpliwością jak ich latorośle. Od dawna powtarzam, że teksty dla dzieci tak trzeba pisać, żeby dorośli przy nich nie zasypiali.

 

Bielany przewijają się w pańskiej twórczości. Są miejscem akcji przygód pańskich bohaterów. Skąd taki lokalny patriotyzm?

GK: Powtórzę to, co mówiłem już wcześniej - pisarz najczęściej czerpie z otoczenia, w którym przyszło mu żyć. A Bielany, zwłaszcza ich stara część, są fascynujące. Potwierdzi to każdy, kto choć raz widział gazowe latarnie na ulicy Schroegera czy Lasek Bielański z pokamedulskich kościołem na wiślanej skarpie.

 

Przez wiele lat był pan redaktorem naczelnym „Świerszczyka”, kultowego tygodnika dla dzieci. Jak od kuchni wygląda praca szefa takiej gazety?

Trafiłem do redakcji „Świerszczyka” na początku lat dziewięćdziesiątych, jeszcze jako student dziennikarstwa. To był czas zmian, także w dziecięcej prasie. Redaktorzy próbowali, trochę po omacku, trafić w oczekiwania młodych czytelników - spragnionych nowości, koloru i ekscytacji. A „Świerszczyk”, jak za dawnych lat, wciąż drukował długaśne mity i legendy, na marnym papierze zresztą, okraszając je lepszymi lub gorszymi ilustracjami. Szkoły masowo rezygnowały z obowiązkowych do pewnego czasu prenumerat - i pismo chyliło się ku upadkowi. Nowa redaktorka naczelna, Dorota Oleksiak, zaangażowała mnie wierząc, że zdolny gówniarz wyczuje potrzeby kapitalistycznego rynku lepiej niż redaktorzy zdobywający szlify jeszcze w PRL.

„Świerszczyk” unowocześnił się, rozrósł, zdobył nowych znakomitych autorów - nie tracąc starych mistrzów. No i udało się! Gdy to ja awansowałem na stanowisko redaktora naczelnego, miałem wtedy dwadzieścia dwa lata - jak widać wydawca musiał mi ufać.

 

Nie miał pan łatwego zadania, zwłaszcza że „Świerszczyk” miał bardzo wysoki poziom literacki. Wystarczy wspomnieć, że publikowali w nim Jan Brzechwa, Ewa Szelburg-Zarembina, a ilustracje tworzył wybitny plastyk Jan Marcin Szancer.

Częścią składową młodości jest odwaga oraz wiara, że świat da się zdobyć - że nie ma nazbyt wysokich szczytów! Bez kompleksów więc, ale też bez odcinania się od przeszłości, ruszyliśmy okrętem o nazwie „Świerszczyk” w przyszłość. Płynie do tej pory, choć już pod inną banderą, bo zmienił wydawcę, i pod innym kapitanem - ja bowiem postanowiłem w pewnym momencie skoczyć na jeszcze głębszą wodą i zacząć utrzymywać się wyłącznie z pisania książek.

 

Wróćmy jednak na Bielany. Nasza dzielnica jest dla pana natchnieniem?

Bywa. W książce „Rózga” główny bohater opowieści, kilkuletni chłopiec o imieniu Kornel, włóczy się po okolicach placu Konfederacji - ściskając w ręku luźno zwisającą smycz… Swoją drogą to dziwna książka - wszyscy znani mi dorośli płakali na jej końcu, choć ten jest klasycznym happy endem.

 

Przyjechał pan na studia z Białegostoku. Nie wypominając wieku, było to blisko trzy dekady temu. Czy już wtedy zetknął się pan z Bielanami? Jak pan zapamiętał pierwsze spotkanie z naszą dzielnicą?

Mam 48 lat, w Warszawie mieszkam całe dorosłe życie, uwielbiam to miasto, podejrzewam, że znam jego historię lepiej niż większość rodowitych warszawiaków - i oczywiście jak każdy mieszkaniec Warszawy wydeptałem w stolicy kilka ulubionych ścieżek. Niektóre wiodą przez Bielany. Niektóre zapędzają się w stronę Wisły, do bielańskich Kamedułów

- nieobecnych już ciałem, lecz obecnych duchem. Ale pierwsze spotkanie z Bielanami, a właściwie z Chomiczówką, spotkanie sprzed ćwierćwiecza, nie wryło się w moją pamięć złotymi zgłoskami. Zobaczyłem brzydkie bloki ustawione - jak mi się wydawało - chaotycznie, zobaczyłem betonowe parkingi, zobaczyłem wyłysiałe trawniki, kilku dresiarzy z petami w rękę. No i w tej całej brzydocie zobaczyłem też ładne dziewczyny.

 

Skąd pomysł, by zamieszkać na Chomiczówce?

Odpowiedź kryje się w końcówce mojej poprzedniej odpowiedzi.

 

Tęskni pan za Bielanami?

Cóż, wyobraźnię mam dość rozwiniętą - ale w tym wypadku nie muszę jej używać, ponieważ od 15 lat mieszkam na Saskiej Kępie. Lubię jednak zapuścić się czasami na Bielany podczas rowerowych wycieczek. Życzę tej starej dzielnicy wciąż młodego ducha!

 

Październik 2020
P W Ś C Pt S N
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany