Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Teatr Pijana Sypialnia

Teatr Pijana Sypialnia – niezależny teatr muzyczny z siedzibą na… Facebooku, który świetnie wykorzystał pandemię, by wypromować sztukę uliczną dla publiczności na leżakach, będzie obchodzić w przyszłym roku dziesięciolecie istnienia. Dla bielańskiej publiczności występowali w Parku Chomicza i w Parku Olszyna. Swoje sztuki wystawiają też w Galerii Młociny.

Karolina Rudzik

Wędrujący, offowy, warszawski, musicalowy, ogródkowy, vintage, a może retro…? Nie da się ich zdefiniować jednym słowem. Są gdzieś po środku. Ich największym atutem jest łączenie starych form teatralnych z nowoczesnością, wykorzystują do tego muzykę i taniec. Łączą też to, co komediowe, z poważnymi tematami. - Nasz teatr zaczął się na Bielanach. Jako młody chłopak, który przyjechał do Warszawy, szukałem dobrych zajęć teatralnych. I znalazłem je u Staszka Dembskiego, w Młodzieżowym Domu Kultury przy Cegłowskiej – wspomina Sławomir Narloch, dyrektor Teatru Pijana Sypialnia, pomysłodawca cyklu „Teatr na leżakach”, ostatnio też reżyser Sceny Młodych Teatru Narodowego. - Staszek jest dla nas mistrzem, przyjacielem, drogowskazem, retro-kotwicą, która nam pokazała, jak fajnie jest czerpać z takich starych zakurzonych rzeczy i że nadal są aktualne i wartościowe – podkreśla Blanka Miętkiewicz, menedżerka Teatru Pijana Sypialnia. - Nie czuję się szefem. Jestem już trochę z boku. Teraz już młodzi rządzą. Oni są motorem. Ten teatr to ich inicjatywa – odpowiada Staszek Dembski, reżyser Teatru Pijana Sypialnia.

Połączyła ich Warszawa

Aktorzy Teatru Pijana Sypialnia zostawili swoje inne zajęcia i z teatru zrobili swój sposób na życie. Prawie każdy z nich pochodzi z innego miasta w Polsce. Połączyła ich Warszawa, a teatr był ich sposobem na aklimatyzację z wielkim miastem. Mówią o sobie, że są multifunkcyjni. Sławek Narloch to dyrektor, aktor, scenarzysta. Blanka Miętkiewicz jest menedżerką, tancerką i aktorką. Staszek Dembski jest reżyserem i kierowcą, a w swojej teczce trzyma swoje biuro – pieczątki, dokumenty, płyty. Aktorzy sami tworzą scenariusze, muzykę, teksty do piosenek i układy taneczne, do tego jeszcze scenografię, kostiumy, charakteryzację. Sami też rozkładają scenografię i oświetlenie. Składają kalendarz występów i trasę. Decydują o repertuarze, wyznaczają sobie cele, planują strategię na nowy sezon, dbają o wspólne relacje w zespole i zapewniają perspektywę rozwoju, patrząc na każdego indywidualnie. Poza tym ciągle się doskonalą i pracują nad swoim warsztatem. Są pełni determinacji, zapału, zaangażowania i pasji. Nie boją się eksperymentować.

Wodewil jak z Kercelaka

Istnieją już prawie 10 lat i przez ten czas zagrali ok. 260 spektakli i koncertów. Przygotowali 12 sztuk, zaczynając od dramatu „Osmędeusze” Mirona Białoszewskiego, gdzie występowało pięciu aktorów, po wielkie widowiska, jak „Wesele” na podstawie dramatu Stanisława Wyspiańskiego, gdzie można zobaczyć 30 aktorów, 20 tancerzy i 25 muzyków na jednej scenie. Najpopularniejszym ich spektaklem jest „Wodewil Warszawski” – czyli widowisko o charakterze komedii przeplatane przedwojennymi warszawskimi piosenkami. Występowali na scenach w wielu miastach w Polsce, m.in. w Krakowie, Łodzi, Lublinie, Poznaniu, Wrocławiu, Toruniu, Sarbinowie, Olsztynie i w Zakopanem. Postanowili ożywiać miasta – place i parki, czyli miejsca, gdzie teatr zwykle nie zagląda. Ich sceną stała się więc przestrzeń miejska. Repertuar jest tak wybierany, aby widz był zaskoczony obecnością teatru w tym miejscu.

A skąd nazwa? - Pomysł na nazwę teatru narodził się podczas pracy nad tekstem „Fabrykant Torped” Anatola Sterna. Występuje tam aktor, który nazywa się Kicz. Gdy do niego telefonują, to on odpowiada: „Halo? Tu mówi Kicz, aktor Teatru Pijana Sypialnia”. Moim aktorom bardzo spodobała się ta nazwa, jest trochę kontrowersyjna, ale ciekawa – wyjaśnia Staszek Dembski. W swoich sztukach szukają oryginalności i rozmaitości. Nie chcą nudzić siebie ani przyzwyczajać widzów tylko do jednego typu spektakli. Chcą ich ciągle zaskakiwać. Zawsze szukają materiału, który ma potencjał muzyczny, który jest bez wątpienia ich wyróżnikiem. Uważają, że muzyka jest doskonalsza niż teatr, bo to ona bardziej ośmiela i łączy innych. Ich spektakle wzbudzają dyskusję, fascynują, dziwią i wpływają na emocje. Nie chcą, aby publiczność po ich spektaklu wychodziła z pytaniami w swojej głowie.

Teatr dla wszystkich

- Ogromną wartością jest dla nas, gdy ludzie dołączają w czasie spektaklu i gdy rozmawiają oraz żywo komentują. Nie chcemy oddalać się od widowni, wręcz przeciwnie, chcemy być blisko i stworzyć relacje z publicznością – mówi Blanka Miętkiewicz. - Ludzie podchodzą do nas po spektaklu i mówią, że dawno nie byli w teatrze albo nigdy w życiu nie byli w teatrze. Cieszę się, że odczarowujemy szkolny strach przed teatrem, który wydaje się być trudny i niezrozumiały. Chcemy odrzucić ten sztywny podział na scenę i widownię – dodaje Sławek Narloch. Na promocję nie wydają ani złotówki, a ich „Teatr na leżakach” znany jest w całej Polsce. Ich widzowie są żywą reklamą. Bo zawsze wracają na ich spektakle ze swoimi znajomymi. Ich celem jest dotrzeć do przypadkowej widowni – do starszych, młodszych czy rodzin z dziećmi i zarazić ich pozytywnymi emocjami. Żeby teatr mógł zaistnieć w plenerze, wymaga wielomiesięcznej pracy aktorskiej w sali. A ćwiczą w wielu miejscach. Gdyby mieli swoją siedzibę, mogliby jeszcze więcej tworzyć i grać. Dlatego ich największym marzeniem jest miejsce, w którym mogliby zakotwiczyć i nie martwić się, czy znajdą salę na próbę… - Chcielibyśmy mieć takie miejsce na Bielanach – zdradza Blanka Miętkiewicz.