Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Dzielenie się twórczością to naturalna rzecz

Z Marceliną Jarnuszkiewicz i Piotrem Kornobisem rozmawia Rafał Dajbor.

Czy to prawda, że jest Pan agentem swojej żony?

Marcelina Jarnuszkiewicz: (śmiech).

Piotr Kornobis: Jestem producentem audiowizualnym, zajmuję się dowożeniem projektów realizowanych przez współpracujących ze sobą twórców z różnych dziedzin. Równolegle prowadzę też sprawy mojej żony, która dzięki temu może skupić się na  twórczości i nie martwić finansami, podatkami i umowami. Marcelina jest kierowniczką artystyczną w naszej agencji kreatywnej OKO I UCHO. Jesteśmy niezależnymi bytami twórczymi, które się wzajemnie wspomagają…

MJ: …ale i często współdziałają na terenie naszej Pracowni. Jestem zresztą ze współpracy z moim mężem bardzo zadowolona!

Od kiedy istnieje Pracownia? Tworzył w niej Pani dziadek, znakomity rzeźbiarz Jerzy Jarnuszkiewicz, teraz Pani w niej tworzy.

MJ: W międzyczasie pracował w niej także zmarły przed dwoma laty mój ojciec, reżyser teatralny Marcin Jarnuszkiewicz, który oprócz reżyserii zajmował się również scenografią. Miałam przyjemność współpracować z ojcem przy spektaklu „Całe królestwo króla” wystawionym w Teatrze Animacji w Poznaniu. Tata reżyserował, a ja, wspólnie z Martą Zając robiłam scenografię, nad którą pracowałam na Magiera. Pracownia funkcjonuje tu od wybudowania bloku, czyli od pierwszej połowy lat 60. XX wieku.

PK: Od samego początku, gdy wyremontowaliśmy Pracownię, myśleliśmy o niej jako o miejscu spotkań – z innymi twórcami i sąsiadami. Lekki nieład, który w niej panuje, atmosfera pracy służą skracaniu dystansu, częściowo likwidują podział na twórcę i odbiorcę.

Doszedł Pan tym samym do mojego kolejnego pytania. W jaki sposób Państwa pracownia służy sąsiadom, mieszkańcom Bielan?

PK: Przyjęliśmy założenie, że otwarcie pracowni dla ludzi nie będzie jednorazowym wydarzeniem, ale cykliczną, wpisaną w życie okolicy działalnością. Dlatego regularnie zaczęliśmy brać udział w Nocy Muzeów. Szybko okazało się jednak, że raz na rok to trochę za mało. Postanowiliśmy połączyć nasze talenty jako twórcy i organizatorzy w geście spotkania, do którego pretekstem jest działanie twórcze.

MJ: Inspiracją do otwierania Pracowni była moja pierwsza wystawa indywidualna. Po realizacji stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego długo zastanawiałam się, gdzie i komu najbardziej chciałabym pokazać efekt mojej pracy. Zorganizowaliśmy więc wystawę, na którą oprócz znajomych ze środowiska przyszli też nasi sąsiedzi, niektórzy znający jeszcze osobiście mojego Dziadka.

Trudno nie zauważyć, że Pracownia znajduje się w naprawdę urokliwym miejscu.

PK: To prawda. W przestrzeni między Żeromskiego a Broniewskiego można chodzić z dziećmi i psami, nie obawiając się samochodów. Nie znam drugiego takiego osiedla w Warszawie. Nasza część Bielan ma w idealnych proporcjach to, czego potrzeba do życia w wielkim mieście – infrastrukturę i przyrodę na ludzką skalę.

MJ: Największą inspiracją w mojej twórczości jest dla mnie właśnie to, co znajduje się w najbliższej okolicy Pracowni, czyli ludzie, przyroda i architektura. Możemy przecież odnajdywać piękno przyglądając się odpowiednio blisko dowolnemu fragmentowi rzeczywistości, która nas otacza – a to piękno potem twórczo interpretować i przetwarzać. Życie naszych sąsiadów jest arcyciekawe, podobnie jak fascynujący jest cykl życiowy osiedla, domu z jego ludzkimi, zwierzęcymi i roślinnymi mieszkańcami. To dlatego w mojej kolekcji pinów (przypinek) oprócz klasycznie pięknych koni, psów czy ptaków umieściłam wszędobylską jemiołę, złotooki i muchy. 

PK: Warto dodać, że (po śmierci Marcina Jarnuszkiewicza najemcy lokalu) nasza obecność w Pracowni do niedawna nie była wcale pewna. Znalazła się jednak burmistrz Magdalena Lerczak, która postanowiła o to miejsce zawalczyć. W końcu nie jest tak, że w co drugim bloku na Bielanach pracował przez lata rzeźbiarz o światowej sławie. Pani burmistrz uznała, że nasza obecność tu jest wartością, za co jesteśmy jej niezmiernie wdzięczni. To ona prowadziła naszą sprawę w ratuszu aż do szczęśliwego finału, wiedząc, że klimat tego miejsca, ów genius loci Pracowni, w którym od lat tworzą kolejne pokolenia artystów – jest niepowtarzalny i nie do odtworzenia.

Jaka jest Państwa koncepcja na istnienie Pracowni?

PK: Od samego początku myśleliśmy o otwarciu jej jako o części pewnego planu dla naszej okolicy. Jerzy Jarnuszkiewicz był przecież rzeźbiarzem. Tworzył z myślą o człowieku w przestrzeni. Pomyśleliśmy więc, że zaczniemy od Pracowni, a z czasem wyjdziemy na zewnątrz. Najważniejsza jest dla nas współpraca z mieszkańcami. W końcu wszyscy sąsiedzi to nasi potencjalni goście i współtwórcy. Chcemy tworzyć w przestrzeniach między blokami – tak by przez działalność kulturalną wspólnie z mieszkańcami opisywać przestrzeń wokół nas. Bardzo cieszy nas uzyskanie tytułu Warszawskiej Historycznej Pracowni Artystycznej, który przyznała nam komisja pod przewodnictwem Michała Krasuckiego, Stołecznego Konserwatora Zabytków. Daje on nam wreszcie legitymizację do działania. Nie będziemy już postrzegani przez sąsiadów jako pasjonaci próbujący ocalić jakąś anonimową suterenę. Zyskaliśmy wobec lokalnej społeczności pewne obowiązki, ale – co się z tym wiąże – także pewne prawa.

MJ: Chcemy, by przynajmniej raz na kwartał pracownia była otwarta od rana do wieczora, by odbywały się w niej warsztaty pokazujące cały proces twórczy – od inspiracji, aż do gotowego dzieła. Choćby na moim przykładzie –  proces twórczy ilustratora.

PK: Będziemy też zapraszać grupy zorganizowane. Mamy w okolicy Klub Seniora przy pl. Konfederacji, jest Klub Abstynenta „Stefan”, klub Amazonek, przedszkole. Po wcześniejszym umówieniu się możemy zorganizować warsztaty dostosowane do potrzeb odwiedzających nas gości. Poza tym czeka nas digitalizacja zbiorów – tak by jeszcze w tym roku powstała wirtualna ekspozycja dostępna dla wszystkich w technologii 360 stopni. Chcielibyśmy, aby przewodnikiem po niej był, oprócz Marceliny, wybitny historyk sztuki i znawca twórczości Jerzego Jarnuszkiewicza – prof. Waldemar Baraniewski.

Zapowiada się szeroka oferta, skierowana do różnych grup wiekowych i społecznych.

PK: Byle znaleźli się chętni!

MJ: Pracownia tym się też różni od muzeum czy galerii, że widz jest świadkiem procesu twórczego, może doświadczyć go w naturalnym środowisku. W muzeach wszystko jest już ładne, gotowe, skończone. U nas zaś można prześledzić cały proces powstawania dzieła i samemu spróbować przez niego przejść. To ma także pewien walor pedagogiczny i łączy się z naszymi tradycjami rodzinnymi. Zarówno dziadek Jerzy, jak i tata, Marcin Jarnuszkiewicz byli wybitnymi  pedagogami. Dziś rodzinną tradycję akademicką podtrzymuje mój brat, Prot Jarnuszkiewicz, dziekan Wydziału Sztuki Mediów warszawskiej ASP.

PK: Dzielenie się twórczością to dla nas naturalna rzecz. Nie ma lepszej motywacji do pracy, niż bezpośredni kontakt z odbiorcą. Sytuacja, w której tymi odbiorcami stają się bliscy nam sąsiedzi jest spełnieniem naszych marzeń.