Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Nos dla tabakiery czy tabakiera dla nosa?

Jedna z bajek Ignacego Krasickiego, poety i ciętego krytyka XVIII-wiecznego społeczeństwa polskiego, tak się właśnie zaczyna. No i co z tego, spyta czytelnik? Gdzie związek z dniem dzisiejszym, a cóż dopiero z Bielanami? Otóż, moim zdaniem, bajka nic nie straciła na aktualności. Nie wierzycie, no to posłuchajcie.

Przed dwudziestoma laty przedsiębiorczy bielańczycy postanowili zarabiać na utrzymanie własnych rodzin, podejmując działalność gospodarczą w kioskach warzywnych przy ul. Żeromskiego. Niełatwa to praca. Zaopatrzenie w świeże warzywa i owoce robi się w nocy. Potem przez cały dzień stoi się za ladą, a wieczorem wypełnia papiery. Każda praca ma jakieś swoje niedogodności, więc całe rodziny włączały się i włączają w pomoc w sklepikach, by zarobić na chleb powszedni. Jak policzyłam, jest tych rodzin dwanaście. Ciężko pracujących, ale godnie żyjących ze swojego małego biznesu. Tak było przez lata, ku zadowoleniu okolicznych mieszkańców i właścicieli sklepików. Niestety z dniem 31 grudnia 2019 roku wygasła umowa na zajęcie pasa drogowego, a Zarząd Dróg Miejskich postanowił tym razem jej nie przedłużyć. Swoją decyzję uzasadnił postanowieniem Biura Architektury m.st. Warszawy i Zarządu Zieleni Miejskiej. Nie pomogło ani odwołanie sklepikarzy, ani list poparcia dla nich sygnowany przez ponad tysiąc mieszkańców Bielan i przekonujących, że warzywa są im tam potrzebne. No i zaczęła się „ścieżka zdrowia”, czyli odsyłanie właścicieli kiosków od urzędu do urzędu, od urzędnika do urzędnika.

Tu należy postawić pierwsze pytanie.

Czy urząd, biuro i urzędnik nie powinni, po przeanalizowaniu sprawy i ustaleniu drogi postępowania z innymi jednostkami, poinformować interesanta, co powinien zrobić i jakie dokumenty zgromadzić ? Brak urzędniczego widzenia celu, czyli rozwiązania problemu, prowadzi do nękania mieszkańca i traktowania go jak intruza, przed którym piętrzy się coraz to nowe przeszkody. Z moich poselskich doświadczeń wynika, że nawet przez rok, okrągły rok mieszkaniec jednej z naszych pięknych dzielnic na polecenie urzędnika gromadził dokumenty, możliwe do zebrania w ciągu tygodnia. A to wcale nie oznaczało zakończenia jego sprawy. No ale wracajmy do bielańskich kiosków warzywnych. Urząd Dzielnicy Bielany w piśmie skierowanym do Dyrekcji ZDM i sygnowanym przez burmistrza wskazał, że „nie ma przeszkód do pozostawienia przedmiotowych obiektów w omawianym terenie”, czyli na Żeromskiego, po spełnieniu wymagań Biura Architektury m. st. Warszawy, to jest demontażu elementów dołączonych, jak na przykład daszek z pleksi, i pomalowaniu kiosków na jednolity kolor. To z kolei było słusznym zaleceniem Wydziału Estetyki. Właściciele sklepików szybko spełnili postawione warunki, ale ponieważ umowy wygasły, wystąpiły nowe i groźne dla nich trudności.

Tu postawmy drugie pytanie.

Dlaczego władze samorządowe tak niemrawo wspierają małą przedsiębiorczość ? Przecież podatki płacą wszyscy. Czy nie lepiej pomagać w utrzymaniu miejsc pracy niż likwidować je, by potem wydawać pieniądze na zasiłki?

Warto dodać, że w Rzymie, Paryżu, Londynie czy Wiedniu pawiloniki, bazary i bazarki mają prawo obywatelstwa i nikomu do głowy nie przychodzi, by je likwidować. Wręcz przeciwnie, społeczeństwa tych, bogatszych od Polski, krajów z atencją odnoszą się do handlujących w ten sposób, bo wiedzą, że zarabiając na własne utrzymanie, nie sięgną do ich kieszeni po zapomogi i wsparcie. Dodać wypada, że także wspomniany wcześniej Zarząd Zieleni Miejskiej wykazał gotowość do rozmów i kompromisowego rozwiązania problemu kiosków. W tej sytuacji władze Dzielnicy podjęły mediację z Zarządem Dróg Miejskich, który, w moim odczuciu, raczej szukał przeszkód, zamiast szukać rozwiązania problemu możliwego prawnie i oczekiwanego przez mieszkańców i właścicieli kiosków.

Tu trzeba wspomnieć inną sprawę, w której ZDM był jak „nos dla tabakiery”. Pani Bożena, mieszkanka Bielan, handlowała warzywami z furgonetki, a marzyła, by po czterdziestu latach takiej udręki mieć swój kiosk. Idąc za radą Biura Architektury m.st. Warszawy, za blisko sześć tysięcy oszczędności życia wykonała projekt estetycznego kiosku. Niepotrzebnie. Tam, gdzie miał stanąć pawilon pani Bożeny, u zbiegu ul. Kasprowicza i al. Zjednoczenia usytuowano stojaki na rowery, choć tuż obok, przy stacji metra Stare Bielany, jest podobne stanowisko. Pani Bożena poddała się i nie da się już nigdy przekonać, że samorząd warszawski to jej mała ojczyzna.

Wróćmy jednak do tytułowego pytania i postarajmy się na nie odpowiedzieć. Proszę nie myśleć, że zawzięłam się na ZDM i przedstawiam go jak Czarnego Luda. Nic podobnego. Staram się jedynie udowodnić na przykładzie, w którym ZDM jest głównym bohaterem, że gubimy gdzieś, a może już zagubiliśmy sens i istotę samorządności i rzeczona tabakiera stała się ważniejsza od nosa, bez którego nie ma przecież racji bytu.

Przed trzydziestu laty, rozpoczynając przygodę z samorządem, miałam głowę nabitą ideałami. Jesteśmy po to, aby służyć. Ludzkie problemy są naszymi problemami. Nie odpychać ludzi, zbywając ich zdawkowymi słówkami i nieszczerymi uśmiechami. Razem żyjemy w naszej małej ojczyźnie, więc ponad wszystko pomagajmy sobie wzajemnie. Przez lata życie odzierało mnie z naiwnego, jak się okazuje, idealizmu, ale nadal nie mogę pogodzić się z tym, co obserwuję. Mieszkaniec za często słyszy: przepisy nie pozwalają, to trzeba uzgodnić, a tam uzyskać zgodę, tu jest plan, a tam postanowienie. Jestem legalistką i szanuję prawo. Znam jednak wiele sytuacji, w których problem dało się jakoś prosto i zgodnie z prawem rozwiązać, a potrzebna była tylko dobra wola i empatia decydentów. Ponieważ nadal jestem niepoprawną optymistką, wierzę, że także sprawa sklepików warzywnych z Żeromskiego zakończy się happy endem. Trzymam kciuki i bacznie obserwuję rozwój wydarzeń.

Joanna Fabisiak

Poseł na Sejm RP