Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Sąsiedzi

Z pozoru wszyscy jesteśmy otoczeni ludźmi w miejscu pracy, w szkole, w sklepie czy na ulicy. Jednak niezbyt często przyjaźnie i z radością witamy człowieka, którego los stawia na naszej drodze.

Skupieni na własnym życiu i sprawach, staramy się nie wchodzić w zbyt bliskie kontakty ze spotykanymi osobami. Ciągły pośpiech i nawał obowiązków nie sprzyjają także zacieśnianiu więzi sąsiedzkich.

Czasem jednak nie sposób odmówić zaproszeniu na pogawędkę. Tak było kilka lat temu, gdy Witold Krupowicz zagadnął mnie na naszej ulicy, jak upamiętnić pułk, w którym walczył w czasie II wojny światowej. Wtedy to, przy sąsiedzkiej herbatce, poznałam tragiczne losy żołnierza 77. Pułku Piechoty Wojska Polskiego. Aresztowany przez Rosjan, zesłany do gułagu na katorżniczą pracę, przetrwał tylko dzięki sile woli i charakteru. Żył myślą o spotkaniu kiedyś w Polsce żony i syna. Ta historia zakończyła się szczęśliwie. Pan Witold został, po śmierci Stalina, uwolniony z obozu, ale poradzono Mu cynicznie, aby do upragnionej Polski poszedł sobie na piechotę. Tak też zrobił i przeszedł tysiące kilometrów o głodzie i w cierpieniu, gnany myślą o polskim domu. Tu, jak mówił, los był zawsze dla Niego łaskawy i na przystanku autobusowym spotkał żonę, a potem na starość dobrych ludzi, którzy dali mu rodzinę na ostatnie lata życia. Odszedł w tym roku, w dniu upamiętniającym najazd Rosji Sowieckiej na Polskę. Ta data zawsze przypominała Mu agresora, który spowodował, że żył w piekle na ziemi. Mimo tych traumatycznych przeżyć, a może właśnie dlatego, zawsze wspominał kolegów – żołnierzy i bohaterską ludność cywilną ziemi lidzkiej i im w hołdzie wystawił pomnik na pl. Konfederacji, angażując w to dzieło własne środki finansowe, a przede wszystkim czas i wielu, wielu ludzi.

Pan Witold z pewnością ożywiał relacje z sąsiadami na całej ulicy. Każdy Go znał i podziwiał za determinację w osiąganiu celów, choć niektórzy wzdychali i mówili, że „Orzeł Północy”, tak był nazywany, chce ogradzać pomnik i znów nas będzie męczył.” Coś pewnie jednak w sąsiadach pozostawało z tych obserwacji starań o wspólne dobro sędziwego kombatanta, bo przed dwoma laty sąsiadka zaproponowała wspólną organizację święta ulicy i dzięki chwalebnemu uporowi zorganizowała to towarzyskie spotkanie sąsiadów. Świętowaliśmy i planowaliśmy, jak ulepszyć te miłe spotkania. Bezcenna inicjatywa, świadcząca o potrzebie bliższych relacji z sąsiadami. Polacy z rozrzewnieniem wspominają czasy, kiedy sąsiad w bloku, czy domu obok był przyjacielem od wszystkiego. Nawet jeśli zdarzały się spory, to wedle słów Pawlaka z filmu „Sami swoi” – „lepszy swój wróg niż obcy”. Teraz sąsiad mieszkający na tej samej klatce schodowej bywa obcym. Może warto organizować święto klatki schodowej, aby poznać się i polubić, bo bardzo zmienia się nasze podejście do gościa. Kładziemy, według badań CBOS – u, ogromny nacisk na ochronę własnej prywatności. Nie lubimy gości wpadających bez uprzedzenia. Przejęliśmy od Anglików zasadę „Mój dom, mój zamek”, czyli: „sąsiedzie, nie masz tu prawa zaglądać, bo to moja twierdza”.

Czasy oczywiście się zmieniają, ale warto sięgać do przeszłości, by poznawać dawne obyczaje, bo ludzie przecież mieli i mają podobne psyche i potrzeby społeczne. Sarmacki savoir vivre mówił lapidarnie „gość w dom, Bóg w dom”, a grzeczność nakazywała przyjmować gości wedle bogatej etykiety, aby przez niedopatrzenie niczym nie urazić przybysza. Wypadało, na przykład, witać go już w progu i obdarzyć kilkoma szczerymi komplementami, co płynęło z życzliwości do gościa – sąsiada, bo to on był najczęstszym gościem. Grzeczność nakazywała też żywe zainteresowanie rozmówcą i jego sprawami. Tak więc szlachcic zapytywał sąsiada o zdrowie, potem o zdrowie żony i rodziny, potem pytał o powodzenie innych spraw, a więc jak zboże obrodziło, jak się czeladź sprawuje, czy nowy koń wart był swej ceny. Potem wypadało pogwarzyć o wydarzeniach w powiecie czy parafii. Na koniec, uzyskawszy niezbędne informacje, szlachcic proponował sąsiadowi pomoc, jeśli ta była potrzebna.

Dobre stosunki z sąsiadami to podstawa. Każdy z nas chce mieć wokół siebie ludzi przyjaznych i życzliwych. Możemy to uzyskać tylko będąc przyjaznymi, życzliwymi i otwartymi na potrzeby sąsiadów.

Serdecznie zapraszam do dyskusji na temat sąsiedztwa na łamach internetowej „Gazety Bielańskiej”.

Joanna Fabisiak
Poseł na Sejm RP