Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Piloci i pielęgniarki

Spektakl „Piloci” grany od kilku miesięcy z powodzeniem w Teatrze Muzycznym Roma to opowieść o romantycznej, a tragicznie zakończonej miłości polskiego pilota Jana, biorącego udział w Bitwie o Anglię i piosenkarki Niny.

Opowieść ta wbudowana jest w losy międzywojennego społeczeństwa polskiego, a potem w wojenne dzieje Europy. Sentymentalny klimat lat trzydziestych zostaje zburzony wybuchem II wojny światowej i jednoczesnym powikłaniem losów bohaterów. Spektakl wart jest polecenia choćby z powodu doskonałej scenografii, wykorzystującej możliwości techniczne w sposób zniewalający widza. Napięcie dramatyczne libretta nie nadąża, szczególnie w pierwszym akcie, za rozpędzoną techniką, ale sporo dobrego humoru i bohaterstwo polskich pilotów dostarczają widzowi wiele sympatycznych wrażeń.

Moją uwagę zatrzymała na czas dłuższy scena w londyńskim szpitalu polowym i ciepłe relacje polskiego pilota i angielskiej pielęgniarki. Przypomniała mi ona inną historię, która zmieniła los osób chorych terminalnie. To historia znajomości Cicely Saunders i Davida Taśmy, twórców idei i ruchu hospicyjnego na całym świecie. Umierający w angielskim szpitalu Polak żydowskiego pochodzenia David Taśma godzinami rozmawiał z Cicely, pielęgniarką tego szpitala, o potrzebie zorganizowania domowej, nie szpitalnej opieki dla pacjentów chorych terminalnie. Młoda pielęgniarka była zauroczona Davidem i jego wizją opieki paliatywnej. Teoretyczne rozważania David poparł konkretem, przekazał wszystkie swoje oszczędności na planowane hospicjum londyńskie. Darowizna nie była wielka, raczej symboliczna i wystarczyła na zakup jednego okna, które Cicely umieściła we frontonie powstałego po latach w Londynie, pierwszego Hospicjum św. Krzysztofa, działającego do dziś, jako wzorcowe. Angielska pielęgniarka, a potem lekarka w latach 60-tych wyszła za mąż za polskiego malarza Mariana Szymona Bohusza i kilkakrotnie odwiedzała Polskę, rozbudzając zainteresowanie opieką paliatywną. Pierwsze kontakty nie były zbyt owocne. Jednak zaszczepiona idea żyła w ludziach i zaowocowała wybudowaniem w Krakowie w 1989 r. pierwszego Hospicjum św. Łazarza. Cicely Saunders można więc chyba nazwać patronką także polskiego ruchu hospicyjnego. Zmarła w 2005 r. w Londynie. W czerwcu tego roku w Krakowie środowisko opieki paliatywnej będzie obchodziło jej 100. rocznicę urodzin.

Od czasu powstania pierwszego hospicjum minęło ponad dwie dekady i ruch opieki nad osobami chorymi terminalnie bardzo się rozwinął. Przede wszystkim powstały tak zwane hospicja domowe, będące najdoskonalszą formą pomocy pacjentom.

Przed kilkoma dniami media podały, że Barbara Bush, kochana przez Amerykanów Pierwsza Dama, odmówiła uporczywego leczenia w szpitalu i postanowiła wrócić do domu. Uzasadniała swą decyzję chęcią spędzenia ostatnich dni tylko z bliskimi. Powiedziała dziennikarzom: „Chcę być otoczona ich modlitwą i miłością”. Zacytowałam tę wypowiedź, uważając ją za główny argument uzasadniający wartość hospicjów domowych. Rodzina zaopatrzona w środki uśmierzające ból, przeszkolona przez personel medyczny hospicjum nie czuje się bezradna i zalękniona trudnościami opieki nad chorym. Pacjent otoczony domownikami, sprzętami i pamiątkami, tworzącymi klimat domu rodzinnego, czuje się szczęśliwy i dużo spokojniej przyjmuje swoją sytuację. Z badań wynika, że 75% chorych terminalnie chciałoby ostatnie chwile życia spędzić w domu rodzinnym, nie w szpitalu. Nie jest to jednak możliwe, bo hospicjów domowych jest za mało, a przecież obowiązkiem społeczeństwa jest zapewnienie osobie chorej terminalnie warunków godnego przejścia na tę drugą, lepszą stronę życia. Nasze bielańskie Hospicjum Domowe od dwudziestu lat jest z chorymi terminalnie i ich rodzinami. Jego dyrektor ks. Władek Duda ze smutkiem mówi, że od pewnego czasu nie są w stanie odwiedzać wszystkich pacjentów. Powstaje kolejka oczekujących na wsparcie i pomoc.

Piszę o tym, bo jeszcze można swój jeden procent podatku przekazać może właśnie na nasze bielańskie hospicjum.

Joanna Fabisiak

Poseł na Sejm RP