Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Jak dziadek poznał babcię

Zarówno od Dnia Babci i Dziadka, jak i do jego kolejnej edycji, dzieli nas wiele miesięcy.

Można więc spytać dlaczego taki temat nie na czasie? Otóż nic bardziej mylnego. W styczniu, kiedy dzień ten świętujemy, szkolne wnuki są na feriach zimowych, starsze mają sesję egzaminacyjną lub pędzą po pracy do dziadków z szybkimi życzeniami. Podczas spotkania nie ma ani dość czasu, ani klimatu na opowieści rodzinne. Co innego podczas wakacji czy letniego urlopu. Dni są długie, ilość wrażeń ograniczona, kombinujemy więc, co by tu ciekawego wymyślić i zaczynamy przypominać sobie dalszych i bliższych kuzynów, którzy już wiele razy zapraszali nas do siebie. Jeden czy dwa telefony, krótka lub dłuższa podróż i wpadamy w objęcia stęsknionych cioć i wujków. Nie obejdzie się bez sutego obiadu czy kolacji. Za to potem leniwe godziny do nocy są nasze i warto je wykorzystać na pytania, plotki i przypominanie starych i nowych historii rodzinnych.

Melchior Wańkowicz zwykł mówić „nie podam ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu”. Znaczy to ni mniej ni więcej, że powinnością była znajomość co najmniej czterech pokoleń. Czasy się z pewnością zmieniły, ale istota tego wańkowiczowskiego powiedzenia nie straciła na aktualności. Trzeba znać własne korzenie, genealogię rodzinną, bo to buduje i umacnia naszą tożsamość. Przyda nam się wysłuchanie w spokoju opowieści starszych członków rodziny, właśnie tych odwiedzanych cioć, o dziejach przodków. „Jesteś cała Helenka” – mówi sędziwa cioteczka i pewnie ma rację, bo na to jacy jesteśmy mieli wpływ nasi rodzice, a na naszych rodziców ich rodzice. I tak dalej. Wiedząc więcej o przodkach, lepiej rozumiemy bliższą i dalszą rodzinę i czujemy z nią silniejszą więź.

Ze zwykłej ciekawości warto też zacząć budować rodzinne drzewo genealogiczne. Jesteśmy przecież ciekawi, czy w naszych żyłach płynie krew dawnych władców i czy przodkami nie byli bohaterowie. Jeśli nawet nie odkryjemy takich rewelacyjnych koligacji, to z całą pewnością rozmowa z babcią i dziadkiem, a jeśli już nie żyją z krewnymi, odkryje przed nami tajemnice rodzinne, o których nie mieliśmy pojęcia.

Dziadkowie, myślę tu o babci i dziadku, według opinii wielu naukowców pełnią w rodzinie szczególną rolę. Cztery niezmiernie ważne, symboliczne role. Warto je wymienić. Dziadkowie są „kotwicami”, będąc dla dzieci i wnuków przykładem i świadectwem trwałości rodziny. To oni organizują życie całej dużej rodziny i dbają o wzajemne kontakty wszystkich jej członków. Dziadkowie nazywani są też „ochroniarzami”, bo zapewniają wsparcie w trudnych sytuacjach życiowych i rodzinnych. Są gwarantem bezpieczeństwa psychicznego i ekonomicznego dla dzieci i wnuków. Bywają, i to nierzadko, „negocjatorami” i arbitrami w rozstrzyganiu i łagodzeniu sporów rodzinnych. Wreszcie to dziadkowie są rodzinnymi historykami. To oni nie tylko opowiedzą, jak dziadek poznał babcię, ale okraszą tę informację zabawnymi lub mrożącymi krew w żyłach historiami. Wnukom opowiedzą, jak losy rodziny splatały się z losami Polski. Podadzą imiona krewnych z wcześniejszych pokoleń, uzasadniając przy okazji wybór imion wnuków.

Zazwyczaj bez problemu zdobywamy dane o pokoleniu pradziadków, ale dalej jest trochę trudniej. Jak pokonać te trudności? Sposobów jest wiele. Przede wszystkim rozmowy z bliskimi, koniecznie zapisywane, oglądanie zdjęć. Bezcennymi dokumentami są listy, pamiętniki i różnego rodzaju odręczne notatki. Ich brak nie oznacza jednak porażki w tropieniu losów rodzinnych. Archiwa, internet, księgi parafialne, a nawet cmentarne nagrobki, będą źródłem wielu użytecznych informacji.

Czy warto poświęcać słoneczne, wakacyjne dni na ślęczenie w archiwach? Wielu Polaków urodzonych i żyjących poza granicami Polski poszukuje mozolnie swoich korzeni. Nie jest to proste, bo odległość i bariera językowa nie ułatwiają poszukiwań, a jednak nie zniechęcają się. Pewien młody Amerykanin wyruszył z Nowego Yorku do małej wioski na Podkarpaciu w poszukiwaniu swoich krewnych i polskich korzeni. Przyznaje, że była to najbardziej znacząca podróż w jego życia. Inna historia, jaką warto przytoczyć to losy 65-letniego Roberta Stodnicka, sierżanta w armii amerykańskiej, walczącego w Afganistanie i na innych frontach. Po przejściu na emeryturę Robert zaczął porządkować papiery rodzinne znalezione na strychu w domu mamy. Dowiedział się z nich, że przed stu laty babcia z jedenastomiesięczną córeczką, jego mamą, przypłynęła statkiem z Królestwa Polskiego do Nowego Yorku. Robert wyruszył do Polski w poszukiwaniu krewnych i po roku poszukiwania zakończyły się happy endem. Robert zaczął uczyć się polskiego, bo z kuzynami, jak mówi, musi rozmawiać po polsku.

Nie wiem czy uda mi się przekonać Czytelników do poszukiwań i wypełniania drzewa genealogicznego imionami, nazwiskami i pięknymi historiami rodzinnymi. A czy znacie już historię, jak wasz dziadek poznał babcię? Jeśli nie, to najwyższy czas, aby ją poznać!

Joanna Fabisiak Poseł na Sejm RP