Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Bielańskie koty

Na Bielanach zarejestrowanych jest ok. 270 karmicielek, które opiekują się tutejszymi kotami wolno żyjącymi. Osoby te dbają o to, by wokół zwierząt było czysto, były najedzone i otoczone opieką weterynaryjną.

Na te cele Dzielnica Bielany przeznacza ok. 210 tys. zł rocznie. – Staramy się zaspokajać wszystkie potrzeby. Zawsze wykorzystujemy wszystkie przyznane nam środki i mniej więcej w połowie roku rozpoczynamy starania o ich zwiększenie – informuje Mirosława Włodek, naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska dla Dzielnicy Bielany, wielbicielka kotów, która w domu ma 2 wykastrowane kocury. Na mocy ustawy, ochrona m.in. wolnożyjących kotów jest zadaniem własnym dzielnicy. Pieniądze na ten cel są w aneksie budżetowym dzielnicy, a zatwierdza te środki Rada Miasta. – Bielany są drugim, co do wielkości konsumentem tych środków (najwięcej dostaje Ursynów). Dawniej było tak, że dzielnica dostawała pieniądze i na zakup karmy, i na opiekę weterynaryjną. W tej chwili przetarg na karmę organizuje tzw. miasto, czyli Biuro Ochrony Środowiska, a każda dzielnica otrzymuje kwotę uzależnioną od liczby zwierząt, którymi się opiekuje – informuje pani Mirosława.

Talony do lecznicy

Na początku marca 2017 r. nie było jeszcze wiadomo, która z bielańskich lecznic weterynaryjnych zajmie się profilaktyką i leczeniem tutejszych kotów wolnożyjących. W ubiegłym roku zajmowali się tym lekarze weterynarii z lecznicy przy ul. Conrada. To właśnie tam karmicielki z otrzymanymi talonami przychodziły z kotami na ich obowiązkową sterylizację i kastrację, a także odrobaczanie, odpchalnie, odkleszczanie, szczepienia, leczenie itd. Zabiegi te były i będą bezpłatne, ponieważ wybrana w ramach przetargu lecznica wykonuje je w ramach otrzymanych od dzielnicy pieniędzy (ok. 200 tys. zł). Osoby opiekujące się kotami co pewien czas odbierają także bezpłatną karmę dla podopiecznych. – Choć jest na niej już ponad 270 osób, lista karmicielek jest cały czas otwarta. Każda z nich ma pod opieką minimum 5 kotów gnieżdżących się w jednym miejscu – informuje pani naczelnik z Urzędu Dzielnicy Bielany.

Oprócz plusów są minusy

Dzielnicowe programy pomocy dla bezdomnych kotów wręcz zaskakują swoją kompleksowością i wydają się być objawem ogromnej empatii w stosunku do wolno żyjących miejskich zwierząt. Osoby te napotykają jednak problemy na terenie ogródków działkowych, gdzie przebywa sporo wolno żyjących kotów bielańskich. Część właścicieli działek jest niechętnie nastawionych do kotów, bo ich nie lubią, mają uczulenie czy też przeszkadza im koci zapach. W konsekwencji zwierzęta te nie mają się gdzie schronić i  zimą zamarzają. Świadome tego karmicielki zabierają więc część tych kotów do mieszkań w blokach, co oprócz przyjemności obcowania z „miauczącymi”, jest dla nich dodatkowym obowiązkiem i wydatkiem. I choć na emeryturze starają się jeszcze coś zarobić, niestety okazuje się, że brakuje im pieniędzy na sezonowych lokatorów. I miej tu dobre serce dla zwierząt, gdy zaczynają się piętrzyć egzystencjalne problemy… Z tego powodu większa kwota z bielańskiego budżetu na kocie potrzeby byłaby naprawdę budująca i zdrowa dla mieszkańców!

Budżet partycypacyjny a środowisko

Wolno żyjące koty gromadzą się najczęściej w piwnicach, ruderach oraz na działkach. Jak przekonuje Mirosława Włodek, bardzo sprawdziły się 2 bielańskie domki dla kotów wykonane w ramach budżetu partycypacyjnego. Są ocieplone i znajduje się w nich po kilkanaście miejsc ze specjalnymi boksami i kocykami. Koty są tam karmione przez stałe karmicielki i dzięki temu nie uciekają na widok ludzi. – W tej chwili populacja wolno żyjących kotów jest ograniczona i nie ma takiego niekontrolowanego rozrodu, jaki miał miejsce jeszcze 10–20 lat temu – przekonuje pani naczelnik. To efekt systematycznego procesu kastracji albo sterylizacji kotów. O tym, że kot poddany był takiemu zabiegowi, świadczy nadcięte kocie ucho. Jak podkreśla Mirosława Włodek, nastawienie mieszkańców do piwnicznych kotów jest różne. Zaobserwowano jednak takie zjawisko, że w miejscach, gdzie wypędzono z piwnic wolno żyjące koty,  z powrotem pojawiły się w tych blokach gryzonie, czyli myszy itp. 

Olga Gajda