Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Bielańskie murale, graffiti czy bohomazy na ścianach?

Lubię naszą dzielnicę. Jest spokojna, bezpieczna, no i zielona, co teraz w maju sprawia, że wygląda naprawdę pięknie.

Stwierdzenie to byłoby w pełni uzasadnione, gdyby nie małe ale… To zawahanie powstaje, kiedy z romantycznych, wiosennych liści wyłaniają się pomazane czarnymi bazgrołami ściany budynków. Wiosenny czar pryska, a jego miejsce zajmują zdenerwowanie i złość. Czy można reagować inaczej, widząc nowo odmalowaną elewację, z której jeszcze nie zdjęto rusztowania, a już pomazaną czarnym sprejem? Budynek na rogu ulic Broniewskiego i Jarzębskiego, o którym piszę, nie jest niestety jedynym na Bielanach. Podobnie oszpeconych fasad naliczyłam trzysta, ale liczyłam pobieżnie i doszłam tylko do połowy dzielnicy. Napotkałam dwa rodzaje „malunków”. Jeden to graffiti, czyli sztuka ulicy, mająca na celu przekazanie, ważnych dla autora, słów lub symboli. Te pojawiają się rzadko na bielańskich murach. Nie podejmuję dyskusji co do poziomu ich artyzmu. Uważam jednak, że znalezienie w dzielnicy kilku wolnych powierzchni dla graficiarzy, gdzie mogliby rysować do woli i cieszyć się swoją twórczością na przykład przez trzy miesiące, by potem zmyć ścianę i dać szansę dla popisu artystycznego innym, zmniejszyłoby niepożądane dewastowanie ścian. Mamy już jedno takie miejsce - przy ulicy Jarzębskiego. Obecnie jest tam wiele warstw różnej maści malowideł, ale po zmyciu ich cała gromada grafficiarzy może stanąć do artystycznego wyścigu. Wystarczy komunikat, że miejsce czeka.

Dużo poważniejsze jest bezmyślne i bezrefleksyjne mazanie po ścianach. To problem niebagatelny, choć go bagatelizujemy. Otóż, jak wyliczył prezes jednej ze spółdzielni mieszkaniowych, cena zmycia lub zamalowania napisów, zlecona firmie usługowej, zależnie od wielkości i miejsca waha się od kilku do nawet dwóch tysięcy złotych. Często nie uświadamiamy sobie także, że „malunki” przyspieszają degradację ściany, gdyż powłoki graffiti izolują „oddychanie”, paroprzepuszczalność tynku, co wpływa na szybsze łuszczenie się i odpadanie warstw elewacyjnych.

Powstaje więc pytanie co robić, by nie ponosić zbędnych kosztów i nie akceptować brzydoty budowli? Pytana o to Zofia Paderewska, przewodnicząca Rady Nadzorczej WSM, największej naszej spółdzielni mieszkaniowej odpowiedziała, że bardzo jest zmartwiona tę formą wandalizmu i będzie o tym problemie rozmawiać na najbliższej Radzie. Trzeba powiedzieć, że pewną bezradność wobec tego problemu obserwuje się w wypowiedziach i zachowaniach samorządowców w całej Warszawie.

Samorząd Krakowa powołał w 2013 r. specjalny zespół do walki z pseudograffiti. Łódź poszła w stronę „muralu irlandzkiego”, czyli malowideł wielkoformatowych i przeznaczyła 960 m2 na bocznej ścianie budynku przy ul. Piotrowskiej na wymalowanie wielkiej łodzi, nawiązującej do nazwy miasta. Ten mural z pewnością jest ciepło przyjmowany przez mieszkańców, bo jest ładny i dobrze im się kojarzy. Irlandczycy tak właśnie za pomocą sztuki ulicy opowiadają historię własnego kraju. W wielu miastach europejskich są dotkliwe kary (minimum 300 euro) oraz rzesze wolontariuszy zmywających bazgroły (np. we Florencji 1500 wolontariuszy), przywracają piękno budynkom, a tym samym całemu miastu.

Czemu mają służyć pomazane elewacje bielańskie tego nie wie nikt, prawdopodobnie nawet sami wątpliwych zdolności „artyści”.

Długo myślałam nad rozwiązaniem tego problemu i chcę zaproponować rozwiązanie. Graffiti wykonywane są przez osoby z pewnym smakiem artystycznym i kulturą. Sądzę więc, że bez trudu przekona się je do malowania w wyznaczonych miejscach, co zaspokoi ich potrzeby artystyczne, a nie zeszpeci Bielan.

Bohomazy są zwykle wykonywane na przyziemnych partiach budynków, gdzie stojąc na ziemi można je zmyć. Stowarzyszenie „EKON” zrzesza osoby z różnego rodzaju dysfunkcjami, które właśnie utraciły pracę przy segregacji odpadów i chętnie przyjmą inne zlecenia. Nie oczekują wielkiego wynagrodzenia, a każda złotówka jest dla nich ważnym dodatkiem do niewysokiej renty. Są obowiązkowi i odpowiedzialni – mówi prezes EKONU Marta Jabłońska, której zdaniem to dobry pomysł dla obydwu stron takiego kontraktu. Bielany wypięknieją, a osoby z dysfunkcjami dorobią do skromnego budżetu.

Ten pomysł ma jeszcze kilka walorów. Myślę, że widząc, iż bazgroły są zmywane przez osoby z niepełnosprawnością, ich autorom zadrży ręka przed wykonaniem kolejnych, bo to przecież częściej głupota niż wyrachowanie. Poza tym piszą po ścianach, żeby ktoś to widział. Jeśli „malunki” będą szybko zmywane, zmaleje motywacja do ich wykonywania. Takie są doświadczenia wielu samorządów. Zawsze też można zaprosić do współpracy organizacje bielańskie, których wolontariusze z pewnością podejmą się tego zadania, a budżet dzielnicy obciążą tylko zakupem farby, rękawic lub środków do mycia ścian. Tak czy inaczej warto spróbować.

Joanna Fabisiak

Poseł na Sejm RP