Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Tak się pomaga na Bielanach

Epidemia koronawirusa przyniosła potworne spustoszenie. Zaraza, która zaledwie kilka tygodni temu przywędrowała do nas z Chin spowodowała także spowolnienie gospodarcze. Jednak mieszkańcy Bielan dowiedli, że nawet w trudnych czasach są razem. I że w każdej chwili niosą pomoc dla tych, którzy potrzebują wsparcia - mówi Grzegorz Pietruczuk, burmistrz dzielnicy Bielany.

Już od pierwszych dni wiedzieliśmy, że epidemia nie jest jakimś tam wymysłem. Już w marcu wiedzieliśmy, że choroba przyjdzie do Polski i do Warszawy, a co za tym idzie - także na Bielany. Śmiercionośny wirus zawitał do naszych bram. Zamknięte zostały żłobki, przedszkola, szkoły, a także firmy, restauracje, sklepy i kawiarnie. Urząd pracował tak, by spełnić swoją podstawową rolę administracyjną. Jednak życie naszej dzielnicy nie zamarło: do pomocy innym rzucili się prawie wszyscy, którzy mogli to zrobić. Restauracje i bary przygotowywały posiłki, a wolontariusze rozwozili je do osób starszych, samotnych i niezamożnych. W kilka dni pustostan przemieniliśmy w pokój dziennego odpoczynku dla ratowników i sanitariuszy walczących z epidemią na pierwszej linii frontu. Wiele osób bezinteresownie stało w kolejkach do nielicznych otwartych sklepów, by kupić to, czego potrzebują ich sąsiedzi. A były to rzeczy prozaiczne. Mąka, konserwy, dżemy, butelkowana woda, no i oczywiście lekarstwa. A pracownicy dzielnicowych bibliotek, sportowcy i trenerzy, za pomocą internetu prowadzili zajęcia popularnonaukowe oraz sportowe transmitowane w sieci. - Bielany zdały egzamin. To bardzo budujące. Jednak musimy być gotowi na kolejne klęski podobne do epidemii koronawirusa. Ja nie wierzę, ale wiem, że tak jak teraz, wtedy też razem damy radę! - mówi burmistrz Grzegorz Pietruczuk.

Motywuje mnie czynienie dobra

Kiedy wybuchła epidemia, nie mogłam siedzieć z założonymi rękoma - mówi skromnie Beata Lajnert, pedagog i nauczyciel ze szkoły podstawowej nr 223 przy ulicy Kasprowicza. - Do wielkiej akcji niesienia pomocy zmotywowała mnie radna Monika Szadkowska, która stworzyła na portalu społecznościowym grupę Pomocne Bielany. Zaangażowałam się także w Bielańską Telewizję Młodych. Okazało się, że czynienie dobra i kreatywność jeszcze bardziej zbliżyły mnie do mieszkańców mojej dzielnicy - mówi Beata Lajnert. Jak sama zaznacza, pomaganie innym nie jest niczym nadzwyczajnym. To po prostu ludzki, naturalny odruch. A jak pomaga? - Koordynuję pomoc w rejonie Starych Bielan. Pomagam w najprostszy na świecie sposób: robię moim podopiecznym zakupy, dostarczam obiady, kupuję im niezbędne lekarstwa. Ostatnio przyniosłam posiłek mojej podopiecznej, która właśnie skończyła 91 lat. To samotna osoba, bez rodziny. Gdy tylko dowiedziałam się o jej jubileuszu, czym prędzej wróciłam z ciastem i laurką. Radość tej pani była niezwykła. Takie sytuacje powoduję, że jeszcze bardziej chcę czynić dobro.

Nikt nie może być głodny!

Kiedy zapadła decyzja o zamknięciu lokali gastronomicznych, pani Magda prowadząca wraz z mężem bistro Pokątna od razu wiedzieli, że trzeba zaangażować się w pomoc. - Pamiętali o nas także stali goście, którzy zaczęli zamawiać posiłki na wynos. Dzięki temu mogliśmy utrzymać lokal i zacząć gotować posiłki dla potrzebujących. Nasze ciepłe obiady trafiały m.in. do ratowników medycznych ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Bielańskim. Sama dowożę też jedzenie dla seniorów m.in. z Rośliny - mówi pani Magda. Niestety, mimo wielkiego serca, pojawiły się również złośliwe komentarze. Prowadzącym Bistro Pokątna zarzucano lansowanie się na pomaganiu innym. - To absurd. Opisując naszą działalność po prostu chciałam zachęcić do pomocy innych. I pokazać, że to nie jest trudne. Ale spotkała mnie też miła sytuacja: gdy w internecie spytałam, gdzie kupić deficytową wówczas mąkę żytnią, następnego dnia rano pod drzwiami znalazłam 3 kg mąki! - uśmiecha się pani Magda.

Wreszcie dostrzegliśmy innych

Maria Małecka-Rzodkiewicz jest psychologiem i dyrektorem Ośrodka Rehabilitacji Amicus. Jak mówi, w czasie epidemii zaczęliśmy zauważać tych, na których do tej pory szczególnie nie zwracaliśmy uwagi. - Stało się coś pięknego. Okazało się, że seniorzy są dla nas bardzo ważni. A my chcemy, w tym zwariowanym świecie czuli się bezpiecznie. Zobaczyłam, że dokonał się swoisty powrót do korzeni, czyli do podstawowego obowiązku pomocy słabszymi - mówi dyrektor Małecka-Rzodkiewicz. Jak zaznacza, zaczęliśmy mówić o tym, że dobra w naszej przestrzeni jest więcej niż zła. Zupełnie tak, jak śpiewał o tym Czesław Niemen w piosence „Dziwny jest ten świat". Sama też zaangażowała się w pomoc. Robiła zakupy spożywcze i apteczne dla seniorów oraz samotnych matek z dziećmi, pomogła doposażyć mieszkanie chłopaka, który dopiero co wyszedł z domu dziecka, sprzątała też domek dla pracowników służb odbywających kwarantannę przy Rudzkiej. Jako psycholog odbyła też dziesiątki rozmów z tymi, którzy tego potrzebują. - Cieszę się, że mogę pomagać - kwituje.

Dałam siebie innym

31 marca miałam lecieć do Neapolu. To miało być spełnienie moich turystycznych marzeń. Jednak z każdym dniem wiedziałam, że nic z tego nie wyjdzie. Musiałam też zacząć przygotowywać szkołę na atak koronawirusa - wspomina Renata Kurlanc, dyrektor szkoły podstawowej nr 289 przy ulicy Broniewskiego. Czuła odpowiedzialność zarówno za uczniów, jak i nauczycieli oraz pracowników placówki. - Zorganizowanie procesu nauczania tak, by było to najlepsze dla uczniów, rodziców i nauczycieli nie było prostym zadaniem. Do tego dochodził lęk o zdrowie rodziny. Ale i tak, gdy tylko dowiedziałam się o akcji Pomocne Bielany, bez chwili wahania do niej przystąpiłam - wspomina dyrektor Kurlanc. Zbierała produkty dla restauracji Roślina, organizowała dary dla schroniska dla zwierząt w Nowym Dworze Mazowieckim, pomagała wyposażyć mieszkanie dla służb przy Rudzkiej. Swoim sąsiadom robiła zakupy, a na dodatek wspierała akcję Nie Zapomnij O Nas Powstańcach Warszawskich. - Po prostu dałam siebie innym. Taki jest mój charakter i powołanie - mówi Renata Kurlanc.

TURBOsolidaność z innymi 

Pandemia spowodowała, że wszystkie nasze treningi odbywały się zdalnie. Ale nasze hasło #WięcejNiżPiłka to nie są puste słowa - mówi Grzegorz Jędrzejewski, współwłaściciel TURBO Football Academy Talents i współprowadzący program TurboKozak w Canal+. - Nie zastanawialiśmy się ani chwili czy włączyć się w pomoc innym, ale jak to zrobić. Wraz z moim wspólnikiem Maciejem Witkowskim od razu zaczęliśmy działać. Wspierając lokalnych przedsiębiorców i marki robiliśmy zakupy w osiedlowym sklepie Witaminka. Produkty zawoziliśmy później do Rośliny, której kucharze przygotowywali posiłki dla najbardziej potrzebujących bielańczyków. To był po prostu test z międzyludzkiej solidarności, do którego podeszliśmy na poważnie - mówi Grzegorz Jędrzejewski. Jak zaznacza, nie tylko pomoc materialna była potrzebna. - Na zawsze zapamiętam radość seniorów, którzy dziękowali uśmiechem i dobrym słowem, a także wieloma ciekawymi historiami. Dla takich chwil warto pomagać! - mówi. 

Być, a nie mieć!

Krawcowa Dominika Pietrzak na co dzień szyje prześcieradła i pościele dla najmłodszych. Jednak epidemia spowodowała, że musiała przestawić się na zupełnie inny tor. - Zostałam koordynatorką grupy krawieckiej utworzonej przez radną Monikę Szadkowską. Zaczęliśmy na skalę niemal przemysłową szyć maseczki, które swego czasu były po prostu niedostępne. W ciągu pierwszych dni nie wiedziałam, jak się nazywam. Telefon dzwonił non stop, ponieważ chętnych do pomocy było coraz więcej! Z czasem stworzyliśmy silną grupę, w której zawodowcy, jak i osoby pierwszy raz mające przed sobą maszynę do szycia stworzyły fantastyczny zespół - opowiada Dominika Pietrzak, której życiowe motto to „być, a nie mieć".

Żeglarz nie zostawi potrzebującego

Najstarsza warszawska karczma żeglarska to Tawerna Gniazdo Piratów. Jednak kiedy do Warszawy przyszła epidemia, korsarze, majtkowie, bosmani i wszystkie wilki morskie nie zawinęli do portu. Wręcz przeciwnie - panowie kamraci wypłynęli na szerokie wody oceanu pomocy. - Zawsze świetnie się bawiliśmy przy smacznej strawie i koncertach szantowych. Jednak to nie był czas na zabawę. Dlatego nasi okrętowi kucharze zaczęli gotować tanie obiady które dostarczaliśmy potrzebującym - mówi Michał Wegnerowicz, właściciel Tawerny Gniazdo Piratów. - To nic wielkiego. Żeglarze to ludzie o wielkich serduchach - uśmiecha się skromnie i wspomina, że nie tylko piracka załoga niosła pomoc. - Za zupełną darmochę otrzymujemy od dobrych ludzi żywność do produkcji obiadów i środki czystości. Dzięki temu naszej pomocy jest jeszcze więcej!

Kawiarnia jak sztab kryzysowy

Bistro Roślina jest znana bielańczykom z wysokiej jakości kawy. Lokal został zamknięty jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem epidemii. - Zrobiliśmy to dla bezpieczeństwa naszych pracowników i klientów. To był dla nas trudny czas. W takich okolicznościach naturalnie pojawia się u mnie potrzeba działania. Uruchomiliśmy gotowanie dla potrzebujących starszych osób na Bielanach - opowiadają. Ważne było też to, by pracownicy lokalu nie zostali bez pracy. Okazało się jednak, że Roślina w ciągu kilku dni stała się sztabem kryzysowym i tętniącą życiem kuchnią polową. Mnóstwo osób zaangażowało się w akcję Pomocne Bielany, przynosząc nam słoiki, aby wydawanie kilkudziesięciu obiadów dziennie mogło dziać się też ekologicznie. Ludzie przynosili nam produkty żywnościowe w odpowiedzi na różne ogłoszenia. Wspaniali wolontariusze z Pomocnych Bielanach codziennie rozwożą obiady dla seniorów - wspominają właściciele Rośliny, którzy w dalszym ciągu prowadzą wielką akcję gotowania dla potrzebujących. - To był pierwszy raz, kiedy mogłam wykorzystać moją działalność biznesową, aby pomóc większej liczbie osób przez dłuższy okres czasu. Muszę przyznać, że to bardzo przyjemne uczucie - mówi właścicielka bistra ze Schroegera.

Bez ruchu nie ma życia 

W czasie epidemii miasto zamarło. Dorośli, dzieci i młodzież zostali w domu. Nawet główne ulice stolicy wyglądały jak w filmie katastroficznym. Na jedyny ruch mogli pozwolić sobie właściciele czworonogów wyprowadzający swoich pupili na spacery. Zamknięte zostały siłownie prywatne i te plenerowe. Skończył się raj dla rowerzystów i biegaczy. - A brak ruchu to zabójstwo dla organizmu. Sama jestem tego przykładem - mówi Agata Łuszcz-Dąbrowska, nauczycielka i fizjoterapeutka. - Z osoby aktywnej zawodowo stałam się bierna przy pracy z komputerem. Jedyne, co mnie ratowało, to ćwiczenia prowadzone on-line z bielańską młodzieżą - zaznacza i podkreśla, że nie czuje się żadną bohaterką. - Uśmiech i ciepłe słowa od osób, z którymi prowadziłam rehabilitacją są dla mnie najwyższą zapłatą - mówi skromnie Agata Łuszcz-Dąbrowska.