Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Szmaragdowe gody

Dzięki upolowanym zającom trafiłem na Bielany

Jego program telewizyjny „Listy o gospodarce” w latach 80. XX wieku oglądały miliony Polaków. Choć cenzura nie ingerowała w jego pracę, bezpieka miała go na oku. Także po upadku PRL. Andrzej Bober, wybitny dziennikarz i publicysta od ponad pół wieku mieszka na Bielanach.

Rozmawiał Przemysław Burkiewicz

W sierpniu minęło 55 lat od państwa ślubu.

Tak, dokładnie 26 sierpnia 1965 roku wraz z moją Basią stanęliśmy na ślubnym kobiercu.

Jest taki dowcip, że przy czterdziestej, pięćdziesiątej i kolejnych rocznicach oboje małżonkowie powinni dostać odznaczenie bojowe i zapisać się do organizacji kombatanckiej…

Ha, nie słyszałem tego. Ale rzeczywiście 55 lat po ślubie to niezły wynik. Szmaragdowe gody!

Istnieje jakaś recepta na tak długie wspólne pożycie?

Dla jednych to sielanka, dla innych to męczarnia. To, co powiem, będzie bardzo niepopularne i mogę narazić się wielu osobom. Nie tylko Kościołowi, ale także mojej żonie, więc lepiej niech pan tego nie notuje…

Nie ma mowy! Zanotuję wszystko, ale oczywiście będzie musiał pan zautoryzować wywiad.

Śluby to wymóg prawa. Ma to wiele plusów, jeśli chodzi o dziedziczenie, rozliczanie podatków, a także takie prozaiczne sprawy jak odwiedzenie swojej drugiej połowy w szpitalu. Przecież żona z automatu może odwiedzić męża w lecznicy. Partnerka, czy jak to się teraz mówi, konkubina, już nie. Pan ma żonę?

Jeszcze nie…

No właśnie. Więc jak się panu coś stanie, to pańska partnerka, choćby był pan z nią i sto lat, w ocenie urzędnika jest obcą dla pana osobą. Jesteśmy stworzeniami stadnymi i ciągnie nas do ludzi. Musimy żyć w towarzystwie, mieć znajomych, przyjaciół. Po prostu czasem człowiek chce do drugiego otworzyć gębę i coś powiedzieć. Ale nie zostaliśmy zaprogramowani do życia w monogamii. Owszem, wszystko zależy od konkretnego człowieka. Może żyć z jedną kobietą pięć lat, z kolejną dziesięć, a jeszcze następną trzydzieści. Albo na odwrót. 55 lat z jedną. Żywy przykład ma pan przed sobą. Ale to niełatwy kawałek chleba.

Żył pan w ciekawych czasach. Ciekawych także dla mediów. W latach 80. XX wieku był pan gwiazdą telewizji, a program „Listy o gospodarce” był prawdziwym hitem. Jednak swoją drogę zawodową zaczął pan od „Życia Warszawy”, gazety codziennej, którą warszawiacy kochali.

Jestem z wykształcenia ekonomistą, i zanim trafiłem do „Życia Warszawy”, pracowałem w „Życiu Gospodarczym”, bardzo dobrym magazynie o tematyce ekonomicznej. Jednak gdy 1 stycznia 1965 roku przekroczyłem próg redakcji „Życia Warszawy”, poczułem wielką nobilitację. Ta gazeta była prawdziwą perłą. Redaktorem naczelnym był Henryk Korotyński, człowiek, który stworzył najlepszy zespół dziennikarzy, reporterów i publicystów pracujących w jednym dzienniku. Ja, wtedy szczeniak, najmłodszy w zespole, stanąłem obok takich sław jak Hanna Krall, Andrzej „Ibis” Wróblewski, Andrzej Szczypiorski czy Leopold Unger, który jako „Brukselczyk” pisał do paryskiej „Kultury” Giedroycia.

Cenzura bardzo ingerowała w teksty?

Cenzura była wielką machiną, ale redaktor Korotyński, mimo że sam należał do PZPR, nie pozwalał na robienie z czytelników idiotów. Gdy jakiś cenzor uważał, że coś trzeba wyrzucić, a Korotyński miał inne zdanie, wtedy interweniował u „wyższych czynników”. Wie pan, gazety wtedy były podstawowym źródłem informacji. Nie było telewizji, o internecie nikt nawet nie śnił, więc do kiosków ustawiały się kolejki. To był prawdziwe masy łakome informacji ale i rozrywki – w „Expressie Wieczornym” pisał swoje smakowite felietony Wiech, za to u nas, w „Życiu Warszawy”, o książkach rozpisywał się Jarosław Iwaszkiewicz. Praca w tej gazecie nauczyła mnie zresztą ważnej umiejętności: pisania zwięźle i na temat. Gdy pracowałem w „Życiu Gospodarczym” mogłem napisać kobyłę na kilkanaście tysięcy znaków. Tu informacja musiała być zwięzła i czytelna. Kilkaset znaków – i fru, do zecerni. Zresztą sztukę takiego pisania do perfekcji opanował radziecki poeta i pisarz Izaak Babel, którego stalinowcy zamordowali w latach 30. podczas czystek. Babel brał notatnik i pisząc stał na baczność. Gdy już chciał usiąść, kończył swoje dzieło. A gdy usiadł, wykreślał wszystkie zbędne ozdobniki i przymiotniki. I zostawała mu esencja.

A co z tą autoryzacją wywiadów?

Autoryzacja jest bzdurą, która w dużej mierze zabija wywiad. Ale ma jeden zasadniczy plus: dzięki niej można wychwycić błędy i pomyłki. Albo przejęzyczenia. Ostatnio wspólnie z Cezarym Łazarewiczem robiłem wywiad z Lechem Wałęsą który ukazał się jako książka „Ja”. Wszyscy wiemy, że Lechu lubi mówić o sobie. Ja, ja, ja – od tego zaczyna prawie każde zdanie. Ale wracając do autoryzacji: gdyby nie przekazanie prezydentowi książki do przeczytania, przed drukiem oczywiście, pomylilibyśmy nazwiska dwóch ubeków. I napisalibyśmy, że Wałęsa obiecał w Polsce „drugą Japonię” jako prezydent Rzeczypospolitej. A obiecał ją przecież zanim zamieszkał w Belwederze.

Po latach wrócił pan do „Życia Warszawy” jako jego redaktor naczelny. To już jednak była inna gazeta, i politycznie, i technicznie. Wciąż duży format, ale elegancka szata graficzna i do tego charakterystyczna winieta…

Właściwie zostałem wynajęty przez właściciela gazety do poprowadzenia jej. To już były inne czasy. Trzeba było walczyć o każdego czytelnika, każdy sprzedany egzemplarz, każde ogłoszenie. Ale starałem się zrobić z „ŻW” porządną gazetę. Udało mi się namówić do pisania felietonów Jerzego Iwaszkiewicza, który po dziś dzień ma cięte pióro. Ściągnąłem też z powrotem Jerzego Kasprzyckiego, którego mieszkańcy stolicy pamiętają z kultowej rubryki „Warszawskie pożegnania”. Jurek przez jakiś czas miał przerwę w pisaniu do „Życia Warszawy”, ale wrócił. To był 1997 rok.

Długo pan tam miejsca nie zagrzał.

Ciężko jest robić gazetę dla czytelników, a jednocześnie lansować w niej właściciela. Nie chciałem brudzić sobie rąk i odszedłem z „Życia Warszawy” kilka miesięcy później. Ale muszę powiedzieć o pewnej zabawnej historii. Otóż pewnego dnia zadzwonił do mojego sekretariatu portier, że czeka na mnie przesyłka. W tej kopercie były moje akta, jako tajnego współpracownika komunistycznych służb. Człowiek, który napisał do mnie list i wysłał te kwity, był czynnym oficerem wywiadu. Spreparował to wszystko w sposób perfekcyjny i chciał udowodnić, że zrobienie z kogoś ubeka albo kapusia to żaden problem.

I co pan zrobił?

Opublikowałem w „Życiu Warszawy” artykuł zilustrowany tymi pseudo esbeckimi materiałami. A po analizie okazało, że papier pochodził sprzed kilku dekad a wszystko zostało napisane na maszynie enerdowskiej. I tak sfałszowano moją teczkę jako kapusia bezpieki.

A bezpieka się panem interesowała?

Tak, kiedyś zadzwonił do mnie do domu jakiś kapitan i poprosił o spotkanie na mieście. Poza redakcją i nie na komendzie, tylko gdzieś w kawiarni. Czułem pismo nosem, więc z premedytacją odparłem, że zaproszenie do Pałacu Mostowskich przyjmuję wyłącznie na piśmie… W sumie zgodziłem się na ustne zaproszenie do komendy. Przyszedłem i ten właśnie kapitan zaczął nawijać mi makaron na uszy, że jako Polak, patriota i dziennikarz powinienem lojalnie informować służby o tym, jakie są nastroje w redakcji. Odparłem, że tego nie zrobię. I opowiem o wszystkim swoim przełożonym. Tak też zrobiłem, a mój szef, redaktor Korotyński zadzwonił do ministra Mieczysława Moczara, żeby się odczepili „od tego młodego człowieka, bo jak chcą wiedzieć jakie są nastroje w redakcji to zapraszamy do nas, na Marszałkowską”. Bo nasza firma miała siedzibę w dawnym Domy Prasy na Marszałkowskiej obok placu Unii Lubelskiej. I tak bezpieka dała mi spokój.

Urodził się pan przy Gdańskiej na Marymoncie, który 35 lat temu trasa AK podzieliła na dwie części, żoliborską i naszą, bielańską.

To był budynek należący do Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Na Marymoncie mieszkaliśmy do wybuchu Powstania Warszawskiego. Zresztą doskonale pamiętam dziurę w stropach naszego domu. Spadająca niemiecka bomba przeleciała przez kilka pięter, ale nie wybuchła.
Podczas Powstania Niemcy wygnali nas do Pruszkowa. Rodzice podzielili się mną i siostrę – tata wziął dziewczynkę, a mama chłopca. Wszystko po to, by hitlerowcy nie rozdzielili nas, co mieli w zwyczaju. Udając że się nie znają, rodzice z nami, maluchami, zostali wyrzuceni z pociągu w polu pod Krakowem. W grodzie Jagiellonów spędziliśmy chyba półtora roku, może dwa lata. W odbudowującej się Warszawie odrodził się ZUS, który wezwał do pracy mojego ojca, Tomasza Bobera. I tak wróciliśmy do stolicy. Zamieszkaliśmy przy ulicy Belwederskiej.

Belwederska a Bielany to duży rozrzut, zwłaszcza, że dzielnice nie były połączone. Nie było przebicia przez ulicę Stołeczną do Muranowa, a wiadukt na Mickiewicza leżał w gruzach.

To święta prawda, ale i tak wróciłem na Bielany. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mój ojciec uwielbiał polować. Ja – ku rozpaczy ojca – wręcz przeciwnie. Raz tylko byłem na polowaniu. Ojciec zastrzelił kilka zajęcy. Jeden z nich przeżył, ale był śmiertelnie ranny. Przeraźliwie kwilił, jak małe dziecko. Nigdy tego nie zapomnę… No ale po polowaniu tata stwierdził, że trzeba się tymi upolowanymi uszakami podzielić z ciotką, która mieszkała na Barcickiej. To była zdziwaczała kobieta, dla której wielkim ciosem była śmierć męża, oficera Wojska Polskiego w Katyniu. Przyjechałem więc z tymi zającami na Bielany i zapukałem do drzwi. Miałem 12, może 13 lat, ale ciotkę zobaczyłem pierwszy raz w życiu. Zapisała mi później to mieszkanie i tak na Starych Bielanach mieszkam 58 lat. I na przekór wszystkiemu muszę powiedzieć jedno: są na tym świecie rzeczy stałe.

Co na przykład?

To mój numer telefonu stacjonarnego. Od lat jest ten sam, tylko jak się Warszawa rozbudowała do dodali do niego kierunkowy 22 i „8” na początku. Bielany się zmieniły, miasto wchłonęło kolejne podstołeczne miejscowości, mamy metro i więcej mostów niż pół wieku temu – a mój numer telefonu został ten sam (śmiech).

 

Październik 2020
P W Ś C Pt S N
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany