Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Dzień targowy na Wolumenie

Wtorek i piątek są dla bielańczyków wyjątkowe. Wtedy swoje podwoje otwiera Wolumen – największe targowisko w naszej części stolicy. Co tu można kupić? Wszystko! Warzywa i owoce najwyższej jakości, wspaniałe mięsa i ryby, ale też przyprawy, kasze, garnki, o ciuchach czy zabawkach nie wspominając. Więc zamiast do dyskontu czy hipermarketu, ruszajcie na zakupy na Wolumen.

Wtorek to od rana dzień targowy. Bladym świtem przyjeżdżają tu sprzedawcy, którzy sprzedają swoje dobra. Ledwo co ruszyła dzienna komunikacja miejska, a nad skrzyżowaniem Kasprowicza i alei Reymonta roznosi się aromat świeżo wypieczonego chleba. – U mnie kupicie pieczywo litewskie! U mnie chleb z żurawiną! U mnie bochny na liściach chrzanowych! – przekrzykują się kupcy, a zmysły dostają szaleństwa. Bo pieczywo jest wstępem do wrażeń wzrokowych, zapachowych i smakowych, jakie tu na warszawiaków czekają. I mamy radę dla nowych mieszkańców Bielan, którzy tego miejsca nie znają: nie łudźcie się, że wyjdziecie tylko z ziemniaczkami albo pomidorkami, bo asortyment Wolumenu w mig pozwoli zapełnić kilka dużych toreb zakupowych – nie uszczuplając przy tym znacząco portfela.

Ogórek promocyjny

Na Wolumenie wszystko jest takie, jakie być powinno. Stragany przywołują wspomnienia po bazarkach i targach, na których zaopatrywały się nasze mamy, babcie i prababcie. Oj, to jednak nie Kercelak czy Bazar Różyckiego, gdzie można było stracić portfel albo przegrać zegarek i obrączkę w trzy karty. To nie bazar Pachulskiego na Stalowej, gdzie można było kupić gołębie czy króliki. Tu jest uczciwie i rzetelnie. A czasem nawet aż za bardzo. – Po ile te ogórki? – pytam sprzedawczynię, która ma beczkę kiszoniaków. Ogóry, zroszone sokiem, lśnią w kwietniowym słońcu. – A ile pan szanowny życzy? – Jednego. – No, jak jednego, to jedz pan na zdrowie! Okazuje się jednak, że degustacja miała sens. Kupuję więc osiem ogórków, a płacę zaledwie pięć złotych.

Sok na refluks i odporność

Przechadzając się między straganami nie brakuje egzotycznych przypraw, ale też wszelkiej maści kasz, fasoli i innych produktów, które w szybki sposób można przerobić na obiad. Sympatyczny jegomość o sprzedaje za to butelkowane zakwasy i soki. – To wszystko domowej roboty, według starej receptury. Tu, sok na refluks. Działa szybciej niż lekarstwo. Tu, w sam raz na poprawienie odporności, miks maliny, cynamonu i imbiru. Sok z samej maliny, tłoczony na zimno, poprawi smak herbaty – zachęca kupiec. Koszt półlitrowej butelki? 15, 20, 30 złotych. – Od dawna je sprzedaję, i nikt się na mnie nie zawiódł. Bo przecież gdyby ktoś miał uwagi, albo by mu zaszkodziło, to przecież mógłbym zwijać interes! – zaznacza. Słoik konfitury malinowej z pigwą kosztuje raptem 12 złotych. – Ale ostrzegam, to jak narkotyk! Smak wciąga! Założę się, że wróci pan tu do mnie! – uśmiecha się sprzedawca. I ma rację, bo nie wytrzymałem i w redakcji otworzyłem słoik. Zjadłem całą jego zawartość!

Warzywo rodem wcale nie z Chin

Miłośnicy świeżej rzodkiewki mają tu dla siebie raj. – Jestem tu od niedawna, i jeszcze klienci mnie nie znają – uśmiecha się skromnie młoda brunetka, która ma rzodkiew, sałatę, włoszczyznę, marchewki. Wszystko pachnie pięknie. – To z państwa gospodarstwa? – pytam. – Oczywiście. Wszystko jest od nas, nie z Chin czy Iranu. Jesteśmy uczciwi, a nasze produkty są najwyższej jakości – mówi, jakby tłumaczyła się z jakiegoś przewinienia. Fotoreporter „Naszych Bielan” kupił więc pęczek rzodkiewek. – Słuchaj, one tak pachną, że chyba zaraz zjem je tutaj – mówi. Ech, bazary warszawskie! Gdzie jesteście? Różycki umiera śmiercią naturalną, targ pod Halą Mirowską jest dziś wybiegiem modnie ubranych warszawianek i odżywiających się wyłącznie eko młodzieńców. Bazaru przy Chodeckiej nie ma. Targ na placu Szembeka jest tylko cieniem dawnego „siebie”. A Wolumen trwa. I ma swój klimat. Deweloperzy ostrzą sobie na niego pazurki, wrażliwców razi nierówny chodnik, krzywo postawione wiaty i hałas. Ale przecież targowanie się, rozmowy przekupek, żarty handlarzy, to sól tego miejsca! – Stachu, widziałeś wczoraj w telewizorni ten program o babie, co ma na podwórku czterdzieści psów? – A daj spokój, to nienormalne! – odpowiada jego sąsiad. Facet sprzedający natkę, koperek i szczypiorek ma ładny towar. Ale chyba ma już dość stania na chłodzie. – Ludzie, po złotówce! Wszystko za złocisza. Brać, wybierać! Po złotówce szczypior, po złotówce natka! Chcę to wszystko szybko opchnąć, bo pić mnie się chce! – krzyczy, a po chwili nie ma już w wiaderku ani jednej natki. Wszystko zeszło na pniu.

Irga taka, irga siaka!

Ceny ziemniaka wahają się od złotówki, przez 1,50 po 2 złote. Oczywiście u jednego kupca pędzie to dziesięć groszy więcej, trzydzieści groszy mniej – tak samo w odniesieniu do gatunku bulwy. Jeden z handlujących ma dwie skrzynie i w obu leży piękna irga. – Czym się różni ta irga od tej drugiej? – pyta kupca starsza pani. – Ta jest dalej, a ta bliżej mnie – odpowiada rezolutnie kupiec. Bazarki to także miejsca, gdzie zawsze znajdzie się budka z ciepłą strawą. Takie miejsca powstają zazwyczaj z myślą o sprzedających – szczególnie w chłodne dni trzeba się posilić. Tak jak na „Różycu” można było zjeść flaki gotowane przez panią Gienię z Brzeskiej (sam kiedyś ich skosztowałem, i nic mi się nie stało), tak na Wolumenie działa bar Dziupla. Można tu zjeść zapiekankę albo hamburgera, ale także napić się warszawskiej oranżady. Łyk gazowanej ambrozji o niezmienionej od lat recepturze jest jak wehikuł czasu – szklana butelka słodkiego napoju przypomina o dzieciństwie. – Tylko butelkę proszę zwrócić. Tam, do skrzynki proszę odłożyć po wypiciu – poucza mnie pani z „Dziupli”. Nie śmiałbym zrobić inaczej!

A nawet drewniane zabawki

Ale takiego miejsca, jak na bazarku od strony ulicy Wolumen, nie ma chyba nigdzie. W skromnym pomieszczeniu znajduje się sklepik, w którym można zamówić drzwi do zabytkowych futryn, wyroby drewniane, rolety, plisy i meble na czele z drewnianymi zabawkami. Są tu samolociki, koparki, wozy strażackie, a nawet samochody osobowe przypominające poczciwe trabanty czy wartburgi – kiedyś wywołujące uśmiech politowania, a dziś mające status aut kultowych. Ceny wykonanych z bukowego drewna zabawek wahają się między 15 a 130 złotych. Wóz strażacki kosztuje 35, a czterokołowy samochodzik – 70 złotych. – To był pomysł mojego kolegi – mówi pan Piotr Waszczuk, prowadzący sklep „Petros”. – Chciał robić coś nietuzinkowego, oryginalnego, ale też odciągnąć dzieciaki od tabletów i telefonów. I chyba się udało, bo zabawki z naszego sklepu cieszą się popularnością – mówi pan Piotr. Mówiąc krótko – na Wolumenie można kupić po prostu wszystko.

Przemysław Burkiewicz