Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Święta to czas pojednania

Doskonale pamiętam święta Bożego Narodzenia sprzed lat. Przez epidemię w tym roku nie będzie nam dane spotkać się rodziną, a przecież to najbardziej rodzinny czas w roku. Ale marzę tez o tym, byśmy wreszcie przestali się kłócić – mówi w wywiadzie „Naszych Bielan” radna Alicja Chęcińska (Nowoczesna), która wspomina nie tylko święta sprzed lat, ale dzieli się także swoimi przepisami na dwie niezwykłe bożonarodzeniowe potrawy.

Rozmawiał Przemysław Burkiewicz

Przemysław Burkiewicz: Mamy bardzo trudny czas, który jeszcze rok temu był dla nas nie do ogarnięcia umysłem. Na dodatek za kilka dni będziemy obchodzić Święta Bożego Narodzenia…

Alicja Chęcińska, radna Dzielnicy Bielany: To chyba najbardziej rodzinne ze świąt. Tym bardziej przykre jest, że wiele, naprawdę wiele rodzin spędzi je samotnie. Co prawda mamy telefony, możemy komunikować się za pośrednictwem internetu, ale to nie to samo, co tradycyjne spotkanie. Bo należy pamiętać, że pomimo wyjątkowego, religijnego aspektu świąt, jest to czas rodzinny, wspólnego przebywania, wspomnień, ale też przebaczenia i zrozumienia.

W dzisiejszych czasach jest tak, że wiele rodzin korzysta z czasu świąt jako czasu na urlop. Tak było jeszcze w zeszłym roku. A przecież kilkadziesiąt lat temu święta były czasem rodzinnych zjazdów, względnie dzielenia tych dni między jednych teściów a drugich.

Tak było. Sama mam piękne wspomnienia z Bożego Narodzenia. Moja babcia Kazimiera pochodziła ze wschodu. Była bardzo dobrą i sprawiedliwą osobą. A także silną i odważną, bo potrafiła szarpać się z radzieckim żołnierzem który wtargnął do jej domu i chciał ukraść sztućce. Choć broniła swojego majątku, nie złorzeczyła żołdakowi. „A co mam mu się dziwić? Czarny od brudu, wychudzony z głodu, a do tego w podartym mundurze” – tak mówiła. Miała ogromne serce, szczególnie dla dzieci i wnucząt. Babcia przestrzegała wszystkich świątecznych tradycji, w tym wigilijnego postu. Dla nas, gromady małych dzieciaków, które cały czas bawiły się ze sobą i szalały, było to powodem do wilczego apetytu! Gdy po kilku godzinach zabawy burczało nam w brzuchach, zjadaliśmy opłatek i wigilijne śledzie. Gdy przychodziło do wieczerzy, nikt, a szczególnie moja babcia, nie miał do nas pretensji. Wręcz przeciwnie, budziło to uśmiech na twarzach.

Był talerzyk dla wędrowca? Dziś też taki stawiamy na stole, ale chyba niewielu zgodziłoby się podjąć niespodziewanego, głodnego człowieka wigilijną strawą…

Oczywiście, że był talerzyk. Ale nie wiem dziś, czy talerzyk był dla wędrowca, czy też w głębi duszy moja babcia nie stawiała go dla swojego męża, a mojego dziadka Kazimierza. Dziadkowie rozstali się na wiele lat, ale wrócili do siebie. I nigdy, przenigdy nie usłyszałam od babci złego słowa o dziadku. Zawsze mówiła o nim „Kazio”. Z sympatią. Ale z tym talerzykiem kojarzy mi się jeszcze dobroć ludzka. My, Polacy, potrafimy w chwilach trudnych być razem. I to dotyczy nie tylko wielkich powstań, klęsk, ucisku ze strony zaborcy czy okupanta. Wielu ludzi, szczególnie przesiedleńców, nie miało nic. A mimo to byli gotowi podzielić się ostatnią kromką chleba z zupełnie obcym, ale równie głodnym człowiekiem.

Dziś święta kojarzą się nam z reklamami i nachalną komercją.

A kiedyś święta miały charakter duchowy. Wspominam moją babcię Kazimierę m.in. dlatego, że ta skromna kobieta naprawdę celebrowała czas Bożego Narodzenia. Wiele rzeczy robiła dla siebie. Po cichutku odmawiała modlitwę, i to w archaicznych formach. Miała też bardzo, ale to bardzo starą biblię. Babcia w czasie świąt nam, małym smykom, opowiadała o tradycji świątecznej także z perspektywy religijnej. Nie używając wielkich słów potrafiła dotrzeć do nas, dzieciaków, z mądrymi słowami.

Wigilia to post. Ale już pierwszego dnia świąt rozpoczyna się uczta.

Czasem mam wrażenie, że przesadzamy z ucztowaniem. A kiedyś na te święta ludzie czekali cały rok. Zresztą w PRL też nie było łatwo. Pamiętam wujka, który przywoził na święta cielęcinę aż z Olsztyna. Wiózł wielki kawał mięsa w teczce. Dziś może to się wydawać absurdem, ale taka była rzeczywistość. Żeby zdobyć smakołyki, trzeba było naprawdę się nakombinować.

Święta to czas wyjątkowo smutny dla karpi. Ja nie jestem miłośnikiem tej ryby. Zawsze jestem gotów oddać swojego karpia za czyjś barszcz albo zupę grzybową.

O, ja też nie przepadam za karpiem. Mam jednak piękną pamiątkę po czasach, gdy przy stole zasiadała cała rodzina. To bardzo duży, zabytkowy już, porcelanowy talerz. Na nim zawsze lądował karp. Ostatni raz zresztą karpia przygotowałam dla mojej mamy. To były nasze ostatnie święta z nią. Od tamtej pory nie jadamy tej ryby.

O karpia niełatwo było też w czasach socjalizmu…

Ale wtedy nie było łatwo o nic. Pamiętam zresztą pasterkę z 1981 roku. Mimo oporu rodziców, wybrałam się na pasterkę do kościoła św. Zbawiciela w Śródmieściu. Rodzice bardzo mnie prosili żeby tego nie robić, bo był już stan wojenny. Ze znajomymi zobaczyliśmy, że ludzie wchodzą do świątyni i niemal od razu wychodzą z niej. Po prostu, aby nie prowokować władzy, ksiądz nie odprawił mszy. Każdy, kto chciał, mógł na chwilę wyjść. Wielu warszawiaków paliło zresztą znicze przed kościołem. O dziwo, milicji to nie przeszkadzało.
Mam też inne wspomnienie ze stanu wojennego. Byłam tego świadkiem. Nawiązując do historii naszego narodu, a przede wszystkim potworności II wojny światowej, przypominam sobie scenę, w której dojrzała kobieta wychodzi ze sklepu z torbami pełnymi zakupów. I po chwili patrol milicji zatrzymuje ją do kontroli. Kobieta wpada w histerię, choć nie miała w tych torbach ani broni, ani ulotek, ani nic nielegalnego. Milicjanci przestraszyli się, nawet zaczęli ludziom ze zbiegowiska mówić, że poprosili tylko o dowód osobisty. Wie pan, dlaczego ta kobieta dostała ataku histerii?

Może miała koszmarne wspomnienie z wojny? Uniknęła łapanki albo cudem przeżyła uliczną egzekucję? Albo właśnie w łapance została schwytana i wywieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego?

Prawdopodobnie właśnie dlatego. W tamtych czasach żyło bardzo wielu ludzi, którzy okupację pamiętali doskonale. Byli już dorośli albo i nawet dojrzali, gdy widzieli bombardowania, egzekucje, łapanki, przeżywali śmierć bliskich. I myślę, że w takiej sytuacji, ta kobieta przypomniała sobie najstraszniejszą sytuację, którą przeżyła.

Zachowujemy w pamięci to, co najstraszniejsze. W wielu przypadkach nie jesteśmy w stanie się takiej myśli, wspomnienia wyzbyć.

Mój tata tuż przed śmiercią przeżył coś takiego. Miał 92 lata i był po wylewie. Z trudem się komunikował. Nie zapomnę tego, gdy któregoś dnia, siedząc przy stole, zaczął składać serwetkę w prostokąt i po chwili odłożył ją na bok. Zrobił tak z drugą i trzecią, i kolejną. I wtedy przyszło mi na myśl, że ojciec przypomniał sobie ekshumacje pod Krakowem. We wcześniejszych latach opowiadając o tym, składał serwetki w ten sam sposób. Był świadkiem tego, jak już po wojnie niemieccy jeńcy wykopywali ciała zamordowanych Polaków. Żołnierze mdleli od potwornego smrodu i widoku. Ojciec przypomniał sobie to po latach. Mimo udaru, ekshumacja była dla niego tak silnym przeżyciem, że zapamiętał ją na zawsze.

Tułaczki, wojny, śmierć najbliższych spowodowała, że ludzie jeszcze bardziej zaczęli celebrować spotkania rodzinne i szanować spędzany wspólnie czas. Ten numer „Naszych Bielan” jest w dużej mierze poświęcony świętom. A jak święta, to i wyjątkowe przepisy. Ma Pani jakąś swoją kulinarną tajemnicę, którą moglibyśmy przekazać na naszych łamach Czytelnikom?

Mam dwa przepisy na pyszne śledzie. Pierwsze, to śledzie w rydzach. Po wypłukaniu i wymoczeniu ryby posypujemy ją z obu stron ziołami prowansalskimi, po czym odkładamy na godzinę lub dwie, by nasiąkły aromatem przypraw. Następnie przekładamy marynowanymi w occie rydzami oraz kaparami, na koniec zalewamy olejem. I po półtora dnia mamy wspaniałe, aromatyczne śledziki. Drugi przepis jest równie prosty. Wystarczy płat śledzia pokryć cienką warstwą musztardy, pokroić w dzwonka, po czym ułożyć je na białej cebuli pokrojonej w kostkę oraz ogórkach – kwaszonych lub konserwowych – okrojonych w paski.

Święta to także czas rozmów, choć dziś każda rozmowa może być początkiem wielkiej awantury, nawet w gronie rodzinnym.

Lubię ludzi i lubię ich słuchać, ale też rozmawiać. Nie będę ukrywać, że lubię rozmawiać z ludźmi, którzy mają biegunowo odmienne od moich poglądy. Każda wymiana opinii jest bardzo cenna. Przecież wszyscy mamy inne spojrzenia na różne sprawy, od polityki, przez religię po samochody, kino, książki… Rozmawiając zawsze możemy wyciągnąć interesujące wnioski. Wystarczy słuchać drugiej osoby. Marzę o tym, żebyśmy jednak przestali się wszyscy kłócić. Nie ma sensu obrażanie się na siebie tylko dlatego, że mamy różne spojrzenia na różne aspekty. Bądźmy różni, miejmy osobne zdania, ale przede wszystkim bądźmy razem, choćby różniło nas więcej, niż łączy.

Styczeń 2021
P W Ś C Pt S N
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany