Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Pociągiem po… Bielanach

Jego książka „Koleje bielańskie” wydana przez nasz Ratusz to łakomy kąsek nie tylko dla miłośników kolejnictwa. To ogromna, nasycona archiwalnymi zdjęciami, szkicami, mapami, statystykami i danymi wielka dawka historii Bielan i całej Warszawy. Bo Bogdan Pokropiński, emerytowany kolejarz i pasjonat kolejnictwa, poświęcił siedemdziesiąt lat, by zebrać je w całość. A jak sam zapamiętał kolej młocińską? I jak wspomina pracę na parowozach w Hucie „Warszawa”? O tym wszystkim Bogdan Pokropiński opowiada „Naszym Bielanom”.


Bartłomiej Frymus: Jak wyglądały prace nad pańską książką „Koleje Bielańskie?
Bogdan Pokropiński: Do pierwszej części książki materiały zbierałem bardzo długo, bo aż 70 lat. Zacząłem w 1950 roku. Wynikało to z tego, że dostępnych jest bardzo mało materiałów na ten temat. Przeczesywałem rozmaite biblioteki i archiwa, aż udało mi się zebrać trochę materiałów. Pracowałem przez wiele lat w Hucie „Warszawa”, której wielu pracowników pochodziło z Palmir, Młocin i Łomianek. Oni pamiętali kolej młocińską. Ja sam z tą linią zetknąłem się pierwszy raz, gdy byłem w harcerstwie. W 1946 roku pojechaliśmy na wycieczkę do Puszczy Kampinoskiej. Wracając samochodem ciężarowym jechaliśmy szosą, czyli dzisiejszą wylotówką na Gdańsk. W pewnym momencie obok szosy zobaczyłem podkłady kolejowe bez szyn. Jechaliśmy bardzo długo, i wzdłuż całej drogi te podkłady leżałem. Mało tego, gdy już wjechaliśmy na Bielany, moim oczom ukazał się semafor, a przy AWF fragment torów i kozioł oporowy. I to mnie zainteresowało. Przez prawie całe życie zbierałem materiały na temat tej linii. I efekt moich prac widać w albumie.
Co to była za kolej?
To była kolej zbudowana z Warszawy do Modlina przez spółkę Siła i Światło. Niestety, okazała się nieopłacalna. Kiedy operator uruchomił ją w 1928 roku, pasażerów było tak mało, że wpływy z biletów nie pozwalały na utrzymanie tego przedsięwzięcia. Prywatny właściciel przekazał więc trakcję Polskim Kolejom Państwowym. Idealnie się złożyło, ponieważ w Palmirach powstały wielkie magazyny wojskowe. Pociągi były więc wykorzystywane do transportowania amunicji wyprodukowanej koło Dęblina. I tak było do 1939 roku.
Co się stało, gdy wybuchła wojna?
Gdy po Bitwie nad Bzurą Wojsko Polskie zaczęło wycofywać się w kierunku Warszawy, generał Tadeusz Kutrzeba nakazał wysadzić palmirskie magazyny w powietrze. Zdołano zniszczyć tylko dwa, ponieważ Niemcy, dysponujący bronią pancerną, byli coraz bliżej. Nasi wycofali się do Warszawy, by bronić stolicy przed Wehrmachtem. Już podczas okupacji Niemcy zabrali ocalałą amunicję. Zatrudnili też polskich robotników do rozebrania magazynów i czyszczenia cegieł.
Jaka była trasa tej kolei?
Tory prowadziły od Dworca Gdańskiego, na wysokości późniejszego ronda Babka wchodziły w łuk, i dalej wiodły ulicami Włościańską i Marymoncką aż do Łomianek i następnie do Palmir. Tory były sprowadzone z Lidy (dziś Litwa – przyp. red.).
Jak długo istniała ta linia?
W 1943 roku została rozebrana przez Niemców. Ocalał tylko fragment z Dworca Gdańskiego do Burakowa. Po wojnie ta odnoga była wykorzystywana jako bocznica piekarni przy ulicy Krasińskiego. Doskonale to pamiętam, ponieważ w pierwszych latach mojej pracy na kolei podstawiałem tam wagony z mąką.
W którym roku zaczął pan pracę w PKP?
To był rok 1957. Miałem wtedy 23 lata. I pracowałem w PKP dziesięć lat. Gdy zmieniła się kadra, zmieniły się zasady pracy. Panował też wyzysk, ponieważ mając wypracowanych 360 godzin miesięcznie, płacono za zaledwie 200 godzin. Bardzo mi się to nie podobało. Spotkałem swojego kolegę Staśka, który zaproponował mi pracę w Hucie „Warszawa”. Nie wahałem się ani chwili i zmieniłem miejsce zatrudnienia.
Dlaczego został pan kolejarzem?
Oj, marzyłem o tym od dziecka. Mieszkałem na Targówku, niedaleko torów kolei nadwiślańskiej i obwodowej. Urodziłem się przy ulicy Piotra Skargi. A później rodzice przeprowadzili się na ulicę Witebską, przy nasypie kolejowym. Mogłem więc ciągle oglądać lokomotywy! Do tego stopnia lubiłem pociągi, że moja mama zabierała mnie na stację PKP Praga, gdzie siedzieliśmy na peronie. Ja patrzyłem na pociągi, a mama miała spokój, bo tylko wtedy godziłem się jeść. A byłem niejadkiem!
Czym zajmował się pan w hucie?
Byłem kolejarzem, prowadziłem parowóz.
Jak pan dojeżdżał do pracy?
Tramwajem. Pamiętam, że była to linia 28, która jechała do Młocin. Później uruchomiona została trasa wzdłuż ulicy Broniewskiego do pętli pod hutą. Z czasem miałem więc do wyboru dwa warianty. Ale wracając do mojej pracy, miałem jej bardzo dużo. Co rusz przyjeżdżały pociągi ze stalą do przetopienia.
Jak długie było torowisko w hucie?
Ponad 40 km włączając w to bocznicę do Jelonek.
A ile było parowozów w hucie?
Na początku było ich 14. A do tego dwie lokomotywy spalinowe SM-30 i dwie małe lokomotywki LS40. Z czasem parowozy były wypierane przez nowe lokomotywy. Pod koniec mojej pracy w hucie, tuż przed emeryturą, zakład miał 20 lokomotyw spalinowych. Ostatni hutniczy parowóz trafił do skansenu w Karsznicach.
Czy Wydział Kolejowy miał wielu pracowników?
Gdy przyszedłem do pracy w hucie, było to 250 osób. To była ciężka praca na trzy zmiany, więc szybko pracownicy, szczególnie ci młodzi, odchodzili z pracy. I to pomimo przejścia szkoleń, kursów i uzyskaniu dyplomów! To była bardzo ciężka praca, ponieważ trzeba było przerzucać bardzo dużo węgla. Pamiętam, gdy byłem pomocnikiem maszynisty w jedynym z kursów z Warszawy do Gdyni. W czasie tej podróży przerzuciłem 15 ton węgla!
Czy Huta „Warszawa” miała swoje mundury kolejarskie?
Huta miała zwykłe, kolejarskie mundury. Zakład kupował je od PKP. To były bardzo porządne, sukienne uniformy. Co roku dostawaliśmy nowe spodnie a bluzy i płaszcze co trzy lata. Gdy wprowadzono mundury gabardynowe, huta przestała kupować mundury, z wyjątkiem czapek i butów. Dostawaliśmy za to przydział, by we własnym zakresie zamówić prywatnie mundur u krawca.
Długo pracował pan w hucie?
25 lat bez dwóch miesięcy. To było tuż przed prywatyzacją fabryki.
A czym była dla pana huta?
Moim zakładem. Pracowałem tam bardzo długo i byłem z tej pracy bardzo, bardzo zadowolony.

Rozmawiał Bartłomiej Frymus

A my mamy dla naszych Czytelników niespodziankę. Osoba, która chce wygrać książkę pana Bogdana, musi wysłać do redakcji („Nasze Bielany”, ul. Żeromskiego 29, 01-882 Warszawa) tradycyjną kartkę pocztową lub list z uzasadnieniem, dlaczego chce „Koleje bielańskie” mieć w swojej bibliotece oraz kontaktem do siebie. O wygranej decyduje data stempla pocztowego korespondencji która wpłynie do nas do 1 kwietnia 2021 r.