Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Nie nazywajcie mnie artystą

Podniosłem się z dna, na które sam za sprawą pijaństwa się doprowadziłem. Choć jestem typem depresyjnym, najbardziej boli mnie ludzkie cierpienie. Ale nie byłbym sobą, gdyby pomocnych dłoni nie wyciągnęło do mnie wielu ludzi. Gdyby nie przyjaciele i osoby o wielkich sercach, po prostu zamiast śpiewać, leżałbym w grobie – mówi Marek Dyjak, który pod koniec kwietnia zagrał koncert on-line w Podziemiach Kamedulskich.

Michał Olszański, Radio 357: Witam cię, Marku!

Marek Dyjak: Witam cię, przyjacielu!

Poznaliśmy się niedawno, ale zaiskrzyło między nami i jesteśmy przyjaciółmi. Ta przyjaźń jest krótka…

…ale jak sok malinowy!

W ostatnim roku nie miałeś wielu możliwości, by spotkać się ze swoimi fanami na koncercie. Koncert on-line jest czymś zupełnie innym, to inny kontakt ze słuchaczem, inna relacja. Jak postrzegasz sobie spotkania takie jak to, w podziemiach kamedulskich, transmitowane na żywo na profilu „Nasze Bielany”?

Spotkania online są bardzo trudnymi koncertami, bo wtedy fizycznie gra się tylko dla ekipy technicznej. Nikogo poza nimi nie ma dookoła.

Ale wyobrażasz sobie fana, albo fanów, którzy cię w danym momencie słuchają?

Tak, oczywiście. Mnie słuchają tzw. ludzie po przejściach. Często z nimi się przed pandemią spotykałem. To są wspaniali ludzie, którym los innych nie jest obojętny. To ludzie o dużej wrażliwości, zarówno kobiety jak i mężczyźni. I to w każdym wieku! Niedawno dostałem nagranie, na którym sześcioletnia dziewczynka śpiewa moje piosenki. A na koncertach niejednokrotnie bawili się osiemdziesięciolatkowie, którzy nawet porównywali mnie do Wysockiego.

A co sobie wyobrażasz, kiedy nie ma wokół ciebie publiczności? Ci ludzie widzą cię w swoich komputerach, słyszą twój głos, ale przecież na sali jesteś sam.

Koncert to jest ekshibicjonizm uczuciowy. Aby słowa piosenki wydobyły się z ciała, potrzebne jest bardzo silne zaangażowanie uczuciowe…

To jest trudniejsze, kiedy nie ma ludzi na sali?

Jest, ale jest to do zrobienia. Ale jest to trudniejsze. Kiedy widzisz przed sobą choć kilka osób, to kierujesz na nich swój wzrok. Widzisz żywych ludzi, słyszysz ich szepty. Korzystasz wtedy z siły, którą daje ci publiczność. A w przypadku koncertów on-line jest to bardzo trudne.

Pandemia jest bardzo trudnym czasem, szczególnie dla artystów. Jak funkcjonowałeś przez ostatni rok?

Dostałem bardzo dużo pomocy od osób mi najbliższych. Dostałem też zasiłek od rządu, jeden, taki malutki.

A przecież nie jesteś artystą, który dużo odłożył.

Nigdy nie odłożyłem niczego. Na bieżąco wydaję to, co zarabiam. No i dotknęła mnie bieda. Sprzedałem więc samochód i wziąłem kredyt żeby przeżyć. I spłacić swoje długi wobec tych, którzy mi pomogli finansowo. Po prostu nie mogłem nadużywać ludzkiej dobroci. Choć ci najlepsi przyjaciele wcale nie gonią mnie to tego, bym oddawał im pożyczone pieniądze.

Czyli to prawda, że prawdziwi przyjaciele są na dobre i na złe?

Zdecydowanie. Tym bardziej, że to moi przyjaciele od lat.

Myślisz, że latem wrócą festiwale i znów zaczniesz zarabiać?

Nie jestem artystą, nie lubię tego słowa. Jestem muzykantem, śpiewakiem, refrenistą, który odnajduje się w klubie albo teatrze. Wielkie sceny nie są dla mnie.

Przez ostatnie pół roku, odkąd się znamy, zauważyłem, że bardzo dbasz o zdrowie. Schudłeś, mniej palisz…

…nie jem mięsa. Nawet ryb.

A przecież przez całe lata prowadziłeś taki styl życia, że codziennie niemal się zabijałeś.

Zabijałem się każdego dnia i nawet teraz jest we mnie jeszcze trochę autodestrukcji. No cóż, przyjechałem kiedyś z Warszawy do Chełma i poznałem tam pewną kobietę. Natychmiast się w niej zakochałem. Rzuciłem wszystko i zamieszkałem tam. Dzięki pomocy przyjaciół udało mi się tam znaleźć jakieś mieszkanie. Wziąłem kredyt, pracowałem, jakoś sobie radziłem. To był mój złoty okres – od jakiegoś czasu trzeźwiałem. Mija właśnie trzynaście lat odkąd nie piję. A kiedy piłem, byłem na dnie. Albo nawet i poniżej dna.

Marek, czy ty jesteś patriotą?

Jestem specyficznym patriotą. Dla mnie patriotyzm to bycie dobrym dla drugiego człowieka. Dla człowieka z tej samej małej ojczyzny, dużej ojczyzny, wśród przyjaciół. Naturalnie, popełniam błędy, bo jestem gniewny i wybuchowy, ale to są przejściowe sytuacje. Wychodzę z miłością do ludzi, a patriotyzm buduję na dobrych relacjach z ludźmi.

A gdyby groził nam konflikt zbrojny, to powiedziałbyś: „Sorry, Polsko!” czy wziąłbyś karabin?

Zacznijmy do tego, że nie będzie żadnej wojny, bo ona się nikomu nie opłaca. Wojna gospodarcza trwa od lat, ale przecież nikt nie będzie biegał po krzakach i do siebie strzelał.

Ale przecież 1500 kilometrów od nas tak jest! Spadają bomby, jeżdżą czołgi, ludzie do siebie strzelają. Na Ukrainie jest front, a po obu jego stronach ludzi w mundurach, którzy się nawzajem zabijają.

Tam tak, ale nie u nas. Jesteśmy w Unii, należymy do NATO, ale wracając do twojego pytania, na wojnę się nie nadaję. Jestem za stary. Ale mógłbym być mięsem armatnim w pierwszym szeregu.

Miałeś okres w życiu, w którym byłeś chuliganem. Wrażliwym, ale chuliganem, który nikogo nie skrzywdził.

To prawda. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem, nie byłem w izbie wytrzeźwień będąc jednocześnie największym pijakiem, jakiego znałem. Nie znałem nikogo, kto głębiej wszedł w alkoholizm. Mówię o zespole odstawienia, o drgawkach, przypinaniu pasami. Za każdym razem uciekałem grabarzowi spod łopaty.

Ale byłeś agresywny?

Tak. Miałem problemy z gniewem. Ale nigdy nie byłem katem. Brzydzę się przemocą, nawet nieuzasadnionym podnoszeniem głosu. A szczególnie wobec kobiet, bo zawsze stoję po stronie pań. I w ich obronie będę stawał zawsze.

Jedną z osób, co do których nie zamknąłeś wszystkich spraw, jest twój nieżyjący ojciec.

To jest dla mnie wciąż niezamknięta figura. Za późno się zorientowałem, że tata jest w słabej formie. Przez całe lata pił, później siedem lat nie pił, i znów pił przez dwa tygodnie. Zaczęliśmy się przyjaźnić. Obiecaliśmy sobie wspólny wypad na ryby. Kiedy wróciłem z trasy koncertowej w nocy, następnego dnia mieliśmy się spotkać. I wtedy dowiedziałem się, że ojciec zapił się na śmierć i znaleziono go martwego na ławce w centrum Świdnika. Mam wielki kompleks ojca, bo moje tacierzyństwo było jednym wielkim dramatem. Przez wiele lat nie miałem kontaktu z moją córką, którą bardzo kocham, próbuję się z nią zaprzyjaźnić i nadrobić stracone lata. To bardzo inteligentna dziewczyna a ja ją wspieram. Wspieram ją na tyle, na tyle to ona mi pozwoli.

Jak udało ci się pokonać alkohol?

Pomodliłem się. Wielokrotnie prosiłem o pomoc Boga i on mnie wysłuchał. Ale pomogła mi w tym cała rzesza ludzi. To efekt ciężkiej pracy i dobroci płynącej z serca wielu, wielu moich przyjaciół.

Ale nie jesteś człowiekiem Kościoła?

Nie jestem człowiekiem ani Kościoła, ani meczetu, ani synagogi, ani wszelkiej maści szamanizmu. Mam Boga w sercu. Tak jak wszyscy mamy, a potem i tak się okazuje że to ten sam Bóg, który jest wyznawany na milion sposobów.

Należałeś do klubu AA?

Nie. Jedyny związek, do którego należę, to Polski Związek Wędkarski.

Wiedziałeś, że jeśli dalej będziesz pić, to umrzesz?

Doprowadziłbym się do samobójstwa. Dziś wiem, kto mnie asekurował.

Kto?

(Marek Dyjak patrzy w górę)

Czym jest dla ciebie miłość?

Miłość jest dla mnie najwyższym stanem. Po prostu nie ma nic wyżej. Na wysokości miłości jest Bóg.

Sam niedawno doświadczyłeś końca miłości.

Tak, miłości która trwała wiele lat. Przyjechałem do Chełma z Warszawy na koncert i zobaczyłem Ewę. I już zostałem. Ale to się skończyło.

Czy twoje serce jest martwe?

Moje serce snów bije i znów jestem pełen radości.

Mówisz, że nie możesz przejść obojętnie obok cierpienia ludzi. Śpiewasz o tym na swojej ostatniej płycie.

Boję się, że rozwija się w Polsce faszyzm, który nam sprawił niewyobrażalne cierpienie. Kultura narodowo-socjalistyczna, faszystowska, ordynarna, butna, ci, jak pisał Baczyński, „nadgniewni” dochodzą do głosu. Boję się tego bardziej, niż konfliktu zbrojnego. Dmowski, którego nazywam faszystą…

Narażasz się pewnym środowiskom, Marku!

Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia! Dmowski nie dożył komór gazowych, rozbijania dzieci o płot, zabijania, egzekucji ulicznych, Pawiaka, getta, alei Szucha (w alei Szucha 25 mieściła się siedziba gestapo wraz z katownią, w której życie straciły tysiące polskich patriotów – red.), więc co on ma z tym wspólnego? Po co na piedestał wynoszą go środowiska narodowe? O jakich w ogóle środowiskach mówimy? Tu, na naszej ziemi, gwałcili Szwedzi, Turcy, Tatarzy, podczas wojen napoleońskich powstawały polsko-francuskie związki. Na przestrzeni wieków mieszały się nacje, rasy, kultury. Nie ma czegoś takiego jak czysty etnicznie Polak.

Mieszkasz w Chełmie. Nie ciągnie cię do ludzi, do wielkiego miasta?

Ciągnie mnie na ryby (śmiech). Wędkarstwo pochłania mnie całkowicie. I zamierzam cię, Michale, zarazić tą pasją!

Jesteśmy umówieni. Ty jednak wszystkie złowione ryby wypuszczasz z powrotem do wody. A gdyby mnie trafił się jakiś piękny sandacz, to będę mógł go zabrać?

A pewnie!

Rozmawiał Michał Olszański, Radio 357