Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Jazz na Bielanach jest znany na całym świecie

„Jazz w Podziemiach Kamedulskich” rozbrzmiewa już od 15 lat. W tym roku uczciliśmy tę rocznice wspaniałym koncertem w piwnicach kościoła przy Dewajtis. Jakie były początki muzycznych uczt na Bielanach? Kto tu grał? I kto przychodzi na koncerty? O tym wszystkim mówi w rozmowie z Jarosławem Kulczyckim muzyczne małżeństwo – Hanna i Artur Dutkiewiczowie.

 

Jarosław Kulczycki: Od czego zaczął się „Jazz w Podziemiach Kamedulskich”?

Hanna Dutkiewicz, menadżer muzyczny: Nasza przygoda z Bielanami zaczęła się jeszcze w 2005 roku. Dzielnica zaproponowała mojemu mężowi Arturowi koncert solowy właśnie w Podziemiach Kamedulskich. Występ miał się odbyć w grudniu 2005 roku. Przed samym koncertem przyjechaliśmy zobaczyć, co to jest za miejsce. Padał śnieg, było cichutko, dookoła nic tylko las, i zastanawiałam się, kto tu przyjdzie na koncert jazzowy. Zima, daleko od cywilizacji… Ale wszystkie moje obawy zupełnie się nie sprawdziły. Na koncercie było mnóstwo ludzi. To był olbrzymi sukces. Po koncercie Jarek Bobin, który pracował wtedy w Wydziale Kultury Dzielnicy Bielany, a obecnie jest dyrektorem Bielańskiego Ośrodka Kultury, wpadł na pomysł, by zorganizować cały cykl „Jazzu w Podziemiach Kamedulskich”, który ruszył jesienią 2006 roku.

22 września 2006 roku. To był pierwszy koncert Duo Dutkiewicz-Szukalski.

Artur Dutkiewicz, kompozytor: Tak, od samego początku zastanawialiśmy się nad programem. Okazało się, że Jarek Bobin jest pasjonatem jazzu, więc było łatwiej się dogadać. Znał całe środowisko, a ja znałem to środowisko w taki koleżeński sposób. Przez większość życia grałem z większością muzyków, więc od początku ułożyliśmy program. Ja zacząłem cykl od występu z Tomkiem Szukalskim, wielkim saksofonistą, z którym grałem 25 lat. Na koncert przyszło mnóstwo ludzi, więc postanowiliśmy ułożyć cały dłuższy program i od tego się zaczęło. Zacząłem kontaktować się z muzykami, z tymi których znałem, później z tymi, których nie znałem. Grała cała czołówka i postanowiliśmy ułożyć program w taki sposób, żeby ludzie poznali różne formy tej muzyki – od prostej po bardzo skomplikowaną. Myślę, że naszą rolą było też edukowanie publiczności. Na początku koncerty zapowiadał dziennikarz Radia Jazz Irek Felicjańczuk, a później pałeczkę przejął legendarny dziennikarz Tomasz Tłuczkiewicz, którego każda zapowiedź była prawdziwym wykładem o muzyce.

Czy w Podziemiach da się zagrać wszystko? To przestrzeń bardzo wymagająca pod kątem akustycznym…

AD: Tak, mieliśmy na początku problem, bo jest tu bardzo duży pogłos. Ale z tym kłopotem daliśmy sobie radę, ponieważ zaprosiłem wybitnego akustyka z prośbą o poradę, abyśmy zaadoptowali ten nadmiar pogłosu. Dzięki jego pomocy i ustawieniu specjalnych paneli udało nam się akustykę ujarzmić. Od tego momentu niektóre koncerty są grane wyłącznie akustycznie, np. Atom String Quartet czy Piotr Wojtasik ze swoim zespołem. Mieliśmy tez kłopot z wnoszeniem i wynoszeniem fortepianu. Ponadto ze względu na dużą wilgoć nogi instrumentu po prostu gniły. Kupiliśmy więc własny fortepian, a dzięki remontowi kościoła wilgoć jest w sam raz!

Kto tutaj grał? Jakie największe nazwiska?

HD: Łatwiej byłoby spytać, kto tu nie grał, bo naprawdę występowała tu cała czołówka polskiego jazzu, ale też młode osoby, które dopiero zaczynały swoją karierę jazzową, a dziś są bardzo znanymi muzykami. Zacznę od gwiazd. To oczywiście Zbigniew Namysłowski, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Wojciech Karolak, Janusz Muniak, Tomasz Szukalski, Stanisław Soyka, Aga Zaryan, Krzysztof Ścierański, Grażyna Auguścik. Z młodszego pokolenia to Mateusz Smoczyński, Adam Bałdych, Szymon Mika, Gniewomir Tomczyk, Patrycja Zarychta, kwintet żeński O.N.E., który robi teraz wielką karierę.

A wykonawcy zagraniczni? I jak namówić kogoś, by przyleciał do Warszawy i zagrał w podziemiach kościoła na Bielanach?

HD: Podziemia Kamedulskie są znane za granicą! Muzycy z Polski występują z muzykami zagranicznymi i przekazują sobie informacje, że jest takie nietypowe miejsce w Warszawie i warto w nim zagrać. Dlatego nieraz to ja mam telefony od muzyków z propozycją koncertu, więc sytuacja jest zupełnie odwrotna.

AD: A propos muzyków zagranicznych. Jeden z nich niedawno zwierzył nam się, że tutaj odbył się jego koncert życia. Był to Ehud Ettun z Izraela, który grał tutaj z Adamem Zagórskim. Była taka sytuacja, że Ehud pomagała Adamowi wnieść bardzo ciężką garmażerkę od perkusji po tych krętych schodach i coś mu przeskoczyło w kolanie. Po koncercie kolano bardzo go bolało, przeszedł rehabilitację. Zadzwonił później i powiedział, że dostał tak duże odszkodowanie, że był to jego najlepszy koncert (śmiech).

A kto przychodzi na koncerty? Jaka to jest publiczność? Czy ona zmienia się na przestrzeni lat?

HD: Część to na pewno stali słuchacze, mieszkańcy Bielan, którzy naprawdę nigdy nas nie zawodzą. Bardzo dziękujemy im za to, że przychodzą tłumnie na koncerty i w niecierpliwości wyczekują kolejnych. Ale to także mieszkańcy innych części Warszawy czy nawet Polski, bo do Podziemi Kamedulskich przyjeżdżają nawet melomani spod Radomia. W czasie pandemii, gdy mieliśmy koncerty streamingowe, słuchał nas cały świat. Pisali do nas ludzie z Australii, Nowej Zelandii, z Kanady, ze Stanów Zjednoczonych, z Brazylii, że słuchają naszych koncertów. I wstawali o piątej rano, by móc włączyć sobie transmisję koncertu z Bielan!

AD: Są też osoby, które przychodzą na występ konkretnej grupy. Zresztą nasze koncerty przyciągają tak dużo ludzi, że niejednokrotnie musieliśmy otworzyć tył sceny, by wszystkich zmieścić. Publiczność dosłownie otoczyła scenę.

Dzieci również są tu mile widziane?

AD: Oczywiście! Zapraszamy publiczność w każdym wieku. Tutaj, w podziemiach, stworzył się rodzaj wspólnoty. Poznaliśmy tu wiele wspaniałych osób. Wiele z nich od lat związana jest z Bielanami. Niektórzy przynoszą nam archiwalne czasopisma „Jazz” z lat 50. czy 60. XX wieku, stare plakaty związane z taką muzyką. Przyszedł kiedyś pan, który w latach 60. był bardzo znanym kontrabasistą. Jesteśmy więc niezwykłą społecznością, która świetnie się tutaj czuje.

A czy polska publiczność jest wyjątkowa? Pamiętam, że amerykańscy jazzmani byli zachwyceni polską publicznością, która jest bardzo żywiołowa. Czy to jest prawda?

AD: Kiedy byliśmy jeszcze za żelazną kurtyną, to była duża przepaść i tęsknota za taką formą muzyki. Nasz publiczność jest bardzo wrażliwa, ma bardzo dużo serca. Czegoś, czego bardzo brakuje, słucha się później z ogromną intensywnością. Jazz był bardzo modny, ma duże korzenie w latach 50. i 60., telewizja organizowała bardzo dużo koncertów, był Jazz Jamboree, i to stworzyło bardzo dużą grupę fanów. W tej chwili jest to już trzecie pokolenie muzyków i fanów. Z kolei polscy muzycy na arenie międzynarodowej, europejskiej i światowej, są naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Jazz skandynawski i polski jest takim jazzem wiodącym i moim zdaniem bardzo ciekawym oraz kreatywnym w Europie. Muzycy z całego świata czują się u nas dobrze. Jest to pewna forma edukacji, kiedy pojawia się coś nowego.

Jakie jest najbardziej egzotyczne miejsce, w którym państwo występowaliście? Byliście przecież w ponad 70 krajach…

AD: Tych miejsc było bardzo dużo. Występowałem kiedyś w Hawanie w budynku sądu. Grałem między ławą sędziowska a ławą oskarżonych. To było bardzo egzotyczne i bardzo przejmujące. Przed pandemią byliśmy na Filipinach, gdzie grałem na środku jeziora. Ludzie stali na mostkach. Było to nieopodal morza Południowo-Chińskiego. To było urocze tym bardziej, że koncert odbył się o zachodzie słońca. Z kolei w Singapurze, w temperaturze około 50 st C i blisko stuprocentowej wilgotności powietrza, w ogrodach, pod palmami, siedziało kilka tysięcy słuchaczy. Po kwadransie, w jednej chwili, zaszło słońce. To była strefa równikowa. Fortepian zamókł, a na scenę wyszedł taki mały smok, który okazał się bardzo sympatycznym legwanem.

Wygraj pamiątkowy folder!
Z okazji piętnastolecia koncertów w piwnicach pokamedulskiej świątyni wydaliśmy specjalny, pamiątkowy folder „XV-lecie Jazzu w Podziemiach Kamedulskich”. Mamy dla Was dwadzieścia egzemplarzy tego okolicznościowego wydawnictwa. Aby je wygrać, wystarczy wysłać na adres mailowy Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. odpowiedź na pytanie: jak nazywa się zespół Artura Dutkiewicza? W mailu prosimy o podanie również swojego adresu korespondencyjnego – folder wyślemy pocztą.